polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Jaimie Branch Fly or Die

Jaimie Branch
Fly or Die

Nim trębaczka Jaimie Branch zdecydowała się na pierwszy album pod własnym nazwiskiem, grała z wieloma muzykami, dokumentując te spotkania na licznych płytach. Nawet nasze rodzime Multikultii w ciągu ostatniej dekady wydało płyty takich składów jak Predella Group czy New Fracture Quartet, gdzie artystka pojawia się u boku takich tuz jak m.in. Tim Daisy, Fred Lonberg-Holm, Ken Vandermark czy Jeff Parker. Na Fly or Die również złożyło się zacne grono muzyków - na perkusji gra tu Chad Smith, na wiolonczeli Tomeka Reid, a na kontrabasie Jason Ajemian, którym okazjonalnie towarzyszą dodatkowi muzycy.

Tyle, że w nieoczywisty sposób, bo album to połączenie dwóch metod - część została skomponowana jako jedna suita i nagrało ją powyższe trio, a wiele instrumentów, detali czy post-produkcyjnych smaczków (powielona wielowarstwowa trąbka w “Leaves of Glass” czy kornet w “The Storm” który brzmi jak arsenał dęciaków) zostało dogranych w studiu, które znalazło się w siostrze liderki tej płyty. To połączenie - po części bliskie ubiegłorocznej płycie Makaya McCraven, również wydanej w International Anthem, przynosi świetny rezultat. Fly or Die to płyta pulsująca i wibrująca, bardzo rytmiczna i rozpędzona niemal w hiphopowej manierze. Sekcja rytmiczna nie pozostaje dłużna, ale pamiętajmy, że swoje robi tu wiolonczela, która wychodzi poza sztywne ramy instrumentu, ukazując różne oblicza i dopasowując się do tej barwnej muzyki. Branch na trąbce czyni cuda - zawodzi, gra przytłumione melodie, wysuwa się na pierwszy plan, grając wyraziste i uwodzące melodie. Sama z resztą przyznaje, że inspiruje się z jednej strony dokonaniami Dona Cherry’ego a z drugiej Axela Dörnera. Kluczowa jest tu techniczna precyzja i opanowanie artystów - z jednej strony skłaniające się do awangardowych rozwiązań (w końcu jak z nich zrezygnować z takim instrumentarium?), a z drugiej regularnie penetrujące rejony funku i ujmującej przebojowości. To mięsista muzyka, zawadiacka, a jednocześnie pewnie zagrana przez skład doskonale rozumiejących się ze sobą muzyków. Niby oczywista, przez stosunkowo mało rozbudowane instrumentarium, a jednak każdy wyraźnie zaznacza tu swoją obecność - dla mnie najciekawsze jest to, co dzieje się na linii Branch-Reid, zwłaszcza w kapitalnym “theme 002”. To bez wątpienia jedno z najlepszych wydawnictw, które ukazało się w 2017 roku.

[Jakub Knera]