polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Converge Jane Live

Converge
Jane Live

Wyjątkowy zespół, wyjątkowy album, wyjątkowy festiwal. Converge, Jane Doe, Roadburn. W piętnastą rocznicę wydania płyty kwartet z Salem, zamiast kolejnej reedycji, postanowił zagrać Jane Doe w całości od początku do końca. W jednym miejscu, w jednym ciągu - wyszło wspaniale.

Fani metalu mają Master Of Puppets, grandżowcy Nevermind, a ceniący muzykę polityczną i rewolucyjny przekaz debiut Rage Against The Machine. W świecie mathcorowej chłosty bezsprzecznym ideałem, symboliczną biblią, jest właśnie czwarty album Converge. Czterdzieści pięć minut jego zawartości z różnym skutkiem wstrząśnie każdym, ale trafi zwłaszcza do tych, którzy są świeżo po wielkiej stracie kogoś bliskiego i nie mają jeszcze sił by szukać nowych perspektyw. Jedno z najbardziej bezwzględnych otwarć w historii, za sprawą miażdżącego "Concubine", a dokładniej słów "Dear, I'll stay gold just to keep these pasts at bay" rozpoczyna pełną głębokich introspekcji, szczerą, mentalną spowiedź Jacoba Bannona. Przenikliwe, pełne skrajności wydawnictwo to doskonały miks zawierający moc uderzenia hardcore, bezkompromisowość punk, obezwładniający tumult noise oraz charakterystyczną dla screamo emocjonalność. Hybrydowy "Fault and Fracture", zapadający się "Distance and Meaning" i chwila wytchnienia przy "Hell to Pay". A później ta sama pętla razy trzy, tyle, że z każdą pozycją o jeden poziom wyżej, mocniej i potężniej. Tak jak na płycie, tak i w wersji live, w drugiej części największe wrażenie robi wielowarstwowy "The Broken Vow". Ben Koller, nie pierwszy i pewnie nie ostatni raz, potwierdza swoją przynależność do ścisłej czołówki bębniarzy spod znaku extreme. Po najbardziej abstrakcyjnej w zestawie parze "Phoenix in Flight"/ "Phoenix in Flames" oraz po przeszywającym "Thaw", Amerykanie rozgniatają w finale jedną z najlepszych i najbardziej rozbijających emocjonalnie kompozycji w dziejach gatunku. Prawie 12-minutowe, jeszcze bardziej dokręcone i jeszcze bardziej intensywne niż w wersji studyjnej, tytułowe "Jane Doe" jest jak przejście do następnego wcielenia.

Przy udziale Stephena Brodsky'ego, który wspomógł zespół w ostatnich czterech utworach, udało się odegrać najdrobniejsze detale płyty, wywołując przy tym emocje zbliżone do tych, które pojawiały się, gdy słuchało się Jane Doe zaraz po jej ukazaniu. W serwisie youtube można znaleźć zapis video z tego koncertu (oficjalna, festiwalowa produkcja), który świetnie odzwierciedla niepowtarzalną atmosferę z tego jubileuszowego wydarzenia. Jedynym małym minusem, jak to czasami w przypadku występów Converge bywa, były niepotrzebne przemowy. Bannon tradycyjnie przesadził z sytuacyjnymi pogaduchami, burząc nieco koncentrację w odbiorze całości, ale taka już jego natura.

Wydawać by się mogło, że po całej fali bandów z cyklu "converge wannabe", takich jak choćby Oathbreaker czy Loma Prieta (w obu przypadkach wykluczając oczywiście ostatnie LP), a także po nieco słabszym All We Love We Leave Behind, Converge gdzieś zniknie, uschnie lub utonie w morzu naśladowców. Nic podobnego. Kurt Ballou i spółka wciąż są w grze, co potwierdza także pierwszy od pięciu lat, studyjny album The Dusk In Us.

[Dariusz Rybus]