napszykłat
Musicaction
Kristen
Niechęć
27. Dni Sztuki Współczesnej - scena muzyczna
Strefa CSW - koncerty majowe
Plum
Kari Amirian
Maszyny do słuchania
Green ZOO Festival
ATP I'LL BE YOUR MIRROR London 2012
Primavera Sound 2012
LDZ_2.0
Rock for People 2012
Pohoda Festival 2012
Dour Festival 2012
OFF Festival 2012
Flow Festival 2012
ATP curated by The National



Polska scena reggae liczy sobie już ponad dwie dekady, można więc przypuszczać, iż zdążyła już dojrzeć i wśród pojawiających się na niej zespołów znajdować się będą grupy oryginalne i wykraczające poza reggae'owy kanon, przyciągające słuchaczy z innych rejonów. Miałem nadzieję, że tak będzie w wypadku warszawskiej grupy Vavamuffin, której debiutancki album "Vabang!" zapowiadano jako największe odkrycie polskiej sceny reggae'owej ostatnich lat. Skoro jej ostatnim potentatem został w ubiegłym sezonie prymitywny Sidney Polak, to widocznie na bezrybiu i rak ryba. Vavamuffin stara się umiejscowić gdzieś między ragga'owym feelingiem i klasyką polskiego reggae, uosabianą chociażby przez Bakshish, podsycając temperaturę całości elementami nowoczesnej produkcji i technologii, co momentalnie wywołuje skojarzenia ze sceną niemiecką: Gentlemanem i Seeed. Dlatego fani gatunku powinni być zadowoleni, ponieważ Vavamuffin ma w swojej muzyce wszystko poukładane jak trzeba: pulsujące gitary i klawisze, prowadzące całość linie basu, melodyjne wstawki dęciaków, delikatne duby podrasowane elektronicznym bitem, na które sporadycznie nakładają się wejścia DJ Feel-X'a. Bez wątpienia pewnym nowum na naszej scenie są wokaliści, których jest trzech i starają się oni połączyć w swoich nawijkach soundsystemowe i regga'owe doświadczenia z poetyką warszawskiej ulicy, co przejawia się nieco kuriozalnym oscylowaniem między estetyką hip-hipową a Grzesiukiem. Acha, no i jeszcze dochodzą kobiece wokale nadające utworom potrzebnej im gdzieniegdzie lekkości.
Skoro wszystko jest jak trzeba, to czemu ten album mi się nie podoba? Właśnie ze względu na uporczywe tkwienie w ramach reggae'owego schematu. Jedyne niespodzianki muzyczne wynikają z zagrywek didżeja, niestety muzycznie nie ma w Vavamuffin nic poza typowym reggae z jego konsekwentnym bujaniem, co dla osób sporadycznie tylko flirtujących z taką muzyką, prędko okazuje się jednostajne. Zastrzeżenie budzą też teksty. Połowa z nich to pustosłowie na temat tego, jak to Vavamuffin poświęca się reggae i jak to ta muzyka przepełnia stolicę, druga to pojawiające się już tysiące razy narzekania na polityków, Babilon i afirmacje marihuany, które niestety nie robią zbyt inteligentnego wrażenia. Natomiast na pewno docenić należy odwagę w sięgnięciu po tyrmandowo-grzesiukową estetykę.
Krótko mówiąc, Vavamuffin z pewnością ucieszy fanów gatunku, bez wątpienia dystansując ostatnie propozycje w stylu wspomnianego Polaka albo okrutnie nudny Habakuk. Jednak za mało w tej muzyce niespodzianek i odwagi, dlatego zespół nie ma chyba szans, by dotrzeć do osób spoza własnego podwórka stylistycznego, jak udało się Paprika Korps albo Indios Bravos.
[Piotr Lewandowski]