napszykłat
Musicaction
Kristen
Niechęć
27. Dni Sztuki Współczesnej - scena muzyczna
Strefa CSW - koncerty majowe
Plum
Kari Amirian
Maszyny do słuchania
Green ZOO Festival
ATP I'LL BE YOUR MIRROR London 2012
Primavera Sound 2012
LDZ_2.0
Rock for People 2012
Pohoda Festival 2012
Dour Festival 2012
OFF Festival 2012
Flow Festival 2012
ATP curated by The National



Słuchając każdej kolejnej płyty Static X odnoszę wrażenie, iż nieustannie stara się on nawiązać do swojego błyskotliwego debiutu "Wisconsin death trip". Bezskutecznie próbuje powrócić do tamtej świetnej formy, eksplorując powstałe pomysły. Nie jest jednak w stanie pojąć, że mogły one wystarczyć na nagranie świeżego albumu tylko raz, a bez rozwijania ich i dodawania nowych nie da się stworzyć już niczego oryginalnego. Podobnie jest z najnowszą płytą "Start a war". Mimo znacznego przemeblowania w składzie zmieniło się niewiele. Chociaż być może nie powinno być to zaskoczeniem, wszakże nazwa Static X pochodzi od nazwiska wokalisty i zarazem mózgu zespołu - a on się nie zmienił. Ponownie słyszymy więc ciężkie, cięte gitarowe riffy idealnie zsynchronizowane z mechanicznie wystukującą rytm stopą. Niezmienne pozostają także tematy pojawiające się w tekstach - zniszczenie, upadek czy autodestrukcja nadal z wściekłością wykrzykiwane są przez Wayne Statica. Jak zwykle pojawia się również aplikowana z różnym nasyceniem industrialna elektronika przywodząca na myśl późne Fear Factory. Jednym słowem, jest to zestaw znany już od kilku płyt, który sprawia wrażenie, jakby jedyne co się zmieniało to kolejność motywów oraz tytuły utworów. W związku z tym, aby podołać dłuższemu obcowaniu z "Start a war" należałoby nie słyszeć nigdy wcześniejszych dokonań zespołu. Wypracował on przecież ciekawy i charakterystyczny styl, który może się podobać, lecz staje się męczący, gdy Static X kolejny raz nie jest w stanie wyjść poza jego ramy. Być może jakimś rozwiązaniem jest sięgnięcie w większym stopniu do elektroniki. Na "Start a war", obok pojedynczego rodzynka w postaci "Otsego amigo", najlepiej brzmią utwory, w których jest jej najwięcej - "I want to fucking break it" oparty na samplu rodem z wesołego miasteczka oraz kończący album "Brainfog". Coś jednak trzeba zrobić, gdyż w przeciwnym razie kolejna taka płyta będzie krokiem samobójczym.
[Aleksander Kobyłka]