Powiększenie, Cafe Kulturalna, Chłodna 25, Nowy Wspaniały Świat - koncerty w lutym
TRZY NIEZWYKŁE SPOTKANIA
HERA w Składzie Butelek
Ed Wood
Alameda Trio
kIRk
Jacek Sienkiewicz
Kto zabił Alonę Iwanowną?
The Ex
ATP curated by Jeff Mangum
If You Say So Festival 2012
Asymmetry Festival 4.0
ATP I'LL BE YOUR MIRROR London 2012
Primavera Sound 2012
Pohoda Festival 2012
Dour Festival 2012
OFF Festival 2012
Flow Festival 2012
ATP curated by The National



Dlaczego lubię szkocki duet Arab Strap? Właściwie nie grają niczego odkrywczego, a przez wielu są uważani za największych chemiczno-undergroundowych nudziarzy. W dodatku maja okropnego wokalistę, który mamrocze cos niewyraźnie po szkocku a śpiew zastępuje najczęściej gadaniem. Na okrasę absolutnie antykomercyjny image, no, ale przy takich facjatach to by i nawet chirurg Michaela Jacksona nie wiele wskórał: gitarzysta Malcom Middleton to różowo-skóry, łysiejący rudzielec, zaś wokalista Aidan Moffat to lekko zapuszczony misiek z niemodną brodą. Istny marketingowy koszmar! No więc dlaczego lubię Arab Strap? Za muzykę rzecz jasna! Nie jest może ona szczególnie oryginalna i nowatorska i cały czas słychać, że to grają Wyspiarze, ale często wyzwala wielkie emocje. I oto przecież chodzi. Te ich zdołowane marudzenie czasem bardziej agresywne i gitarowe, częściej jednak wyciszone i intymne po kilku przesłuchaniach wraca jak bumerang. I ciężko jest się później od niego na dobre uwolnić.
Grupa przyjechała do nas promować swój najnowszy album "Monday At The Hug & Pint" oraz świeżo wydaną "The Shy Retirer EP". Przyznam się szczerze, że mnie te ich ostatnie produkcje nie powaliły z siłą ich najlepszych albumów "Philophobia" i "The Red Threat". Podobnież jak na wspomnianych płytach tak i na scenie duet wzbogacił się o duet smyczkowy, sekcje i osobliwie wyglądającego klawiszowca-trębacza (który miał jeszcze [!] bardziej obciachowy wygląd niż Malcom i Aidan razem wzięci). Wszystkich zdążyłem już wcześniej osobiście poznać. Stało się tak, ponieważ do klubu "Blue Note" przyszedłem dużo wcześniej. Dzięki temu "dane" mi było pomagać - jak się okazało - muzykom, w przenoszeniu sprzętu z autokaru na scenę. Brakowało tylko Aidana, ale poza nim cała reszta sama robiła za technicznych. Ciekawe czy np.Lady Punk noszą za sobą graty?
Ponieważ klub jest o proweniencji jazzowej, pod sceną i na całym parterze ustawione były stoliki. Tylko na balkonach było nieco tłoczniej i już na stojąco. Trochę to dziwne miejsce jak na - bądź, co bądź - rockowy koncert. Jak na moje oko było ze 300 osób.
Usadowiwszy się wygodnie przy stoliku naprzeciw sceny z zainteresowaniem oglądnąłem supportujacą rodzimą grupę Silver Rocket (klimaty a la Mum) i nieco upierdliwego, szkockiego, gitarowego "barda". Po nich, na niewielką scenę wtłoczyła się cała siódemka z Arab Strap. Zagrali - można by rzec - to, co zagrać mieli: czyli głownie materiał z najnowszej płyty. Najlepiej wypadł najlepszy na płycie, gwałtowny i brudny "Fuckin Little Bastard". Prawdziwe tornado! Z takich bardziej czadowych utworów był jeszcze choćby "New Birds", głównie jednak przeważały tempa średnie i te wolniejsze. Zagrali dużo ze swych klasycznych numerów, choćby "Here We Go", "My Favourite Muse", "Soups" czy wywołany "The Shy Retirer". Było kameralnie i sympatycznie. Aidan stopniowo się rozkręcał, racząc nas specyficznym szkockim żargonem, chwaląc polskie piwo (wypił na scenie chyba ze cztery "Tyskie") i dowcipnie puentując, co bardziej zamroczonych fanów pod sceną (na prośbę o zagranie utworu... Mogwai odparł, że "Mogwai is shit"). Niestety nie powiem jednak abym - tak jak to było podczas sierpniowego koncertu Mogwai - został położony przez zespół na łopatki. Nie wiem sam dlaczego, może przez to, że smyki rozmiękczyły nieco melancholijno-depresyjny klimat utworów? Momentami robiło się zbyt łzawo i rzewnie, a ja pamiętam jak choćby na wydanym parę lat temu koncertowym albumie "Mad For Sadness" zespól serwował nieco więcej mroku i muzycznej klaustrofobii. Może to charakter tego klubu wymusił taki a nie inny odbiór? Ciężko dociec, ale - żeby nie było wątpliwości - koncert mi się wielce podobał. Na sam koniec występu dostaliśmy jeszcze zaskakująca przeróbkę utworu AC/DC (!) "You Shook Me All Night Long" oraz jako ostatni bis krótki set akustyczny (na scenie został już tylko Malcolm z Aidanem). Mi najbardziej zabrakło jednak genialnej piosenki "Girls Of Summer" będącej dla Arab Strap tym, czym dla Mogwai jest choćby "Mogwai Fear Satan". Chodzi mi o taki długi, rozwijający się nieśpiesznie kawałek z ognistą gitarową orgią na sam koniec. Miałem szczęście - jakieś 2 godziny po koncercie - wypomnieć to Aidanowi, który już na dobre siedział przy barze na kufelku. "Od dawna już tego nie gramy" - odpowiedział. Wymieniliśmy jeszcze parę zdań (Aidan był m.in. ciekaw czy są znani w Polsce). Pogratulowałem koncertu, życzyłem powodzenia w Warszawie po czym obaj wróciliśmy do naszych zajęć, czyli... picia piwa. Tak się zakończył "Sunday At The Blue Note".
[Marcin Jaśkowiak]