Powiększenie, Cafe Kulturalna, Chłodna 25, Nowy Wspaniały Świat - koncerty w lutym
TRZY NIEZWYKŁE SPOTKANIA
HERA w Składzie Butelek
Ed Wood
Alameda Trio
kIRk
Jacek Sienkiewicz
Kto zabił Alonę Iwanowną?
The Ex
ATP curated by Jeff Mangum
If You Say So Festival 2012
Asymmetry Festival 4.0
ATP I'LL BE YOUR MIRROR London 2012
Primavera Sound 2012
Pohoda Festival 2012
Dour Festival 2012
OFF Festival 2012
Flow Festival 2012
ATP curated by The National



Jeden z utworów na ostatniej płycie Prefuse 73 nagrany został przez enigmatyczny duet La Correccion, złożony oczywiście ze Scotta Herrena a także jego znacznie mniej znanego współpracownika Elvin Estella, działającego jako Nobody. Do tej pory duet ten stworzył jedynie dwie kompozycje, druga z nich pojawia się właśnie na ostatniej płycie Elvina, który jest według mnie jednym z najbardziej niedocenionych didżejów ostatnich lat. Mimo wspólnych występów z takimi tuzami jak właśnie Prefuse 73, Four Tet, lub Cut Chemist, udziału w projekcie Keepintime czy otwieraniu koncertów Blackalicious, Tortoise i Mars Volta, jego płyty pozostają w naszym kraju raczej nie zauważone. Ostatni album artysty, zatytułowany "And Everything Else" i wydany przez Plug Research, stanowi doskonałą okazję do zmiany tego stanu rzeczy. Nobody przechodząc z wytwórni Ubiquity, gdzie ukazały się jego dwie poprzednie płyty, do Plug Research znalazł się w wyraźnie bliższym mu stylistycznie i emocjonalnie towarzystwie Amoncontact czy Deadelus'a. "And Everything Else" potwierdza olbrzymi talent artysty do psychodelicznych brzmień i tworzenia amalgamatów hip-hopu i tradycji lat sześćdziesiątych. Pomysły takie w niesamowitym nasyceniu znaleźć możemy na drugiej płycie Nobody "Pacific Drift", jednak na nowym dziele znacznie więcej zagrywek stricte hip-hopowych, które stanowiły o uroku debiutanckiego albumu "Soulmates". Elvin objawił się bowiem światu w roku 2000 albumem przyrównywanym do "Endtroducing" Shadowa, opartym na podobnie zakurzonych samplach, ale dość bogato ozdobionym partiami wokalnymi w wykonaniu przedstawicieli undergroundu z Los Angeles, takimi jak Freestyle Fellowship, Medusa (Organized Noise), Aceyalone. Płyta zbierająca utwory nagrane pomiędzy 1996 a 2000 rokiem ma siłą rzeczy dość różnorodny charakter, prezentując muzykę rozpościerającą się od kawałków hip-hopowych przez instrumentalne produkcje w stylu MoWax i jazzujące abstrakcyjne kolaże, po psychodeliczne pejzaże.
I właśnie ten psychodeliczny rys wysunął się na pierwszy plan na kolejnym albumie artysty, fantastycznym "Pacific Drift: Western Music Vol. 1". Dość wyraźne odejście od hip-hopowej wibracji na rzecz porywającej i odważnej stylistyki, sprawiającej wrażenie, jakby najważniejszym utworem w młodości artysty był "Strawberry Fields" Beatlesów, a lata sześćdziesiąte największym źródłem inspiracji tej promiennej podróży przez podświadomość. Nobody zwrócił się w stronę konwencji pop z tamtego okresu, bogato czerpiąc z The Birds czy Beach Boys, co w połączeniu z udziałem szeregu instrumentalistów (jak np. klawiszowiec Mars Volta Ikey Owens) i wokalistów zaowocowało niezwykle spójnym, konsekwentnym i intrygującym brzmieniem. Słoneczne melodie, duszne nastroje, senne wokale i wyrywające ze złudnego spokoju bity tworzą wybuchową wprost mieszankę, bardzo głęboką, intrygującą i pełną fascynujących ornamentów. "Pacific Drift" to odważna i w pełni udana próba reinterpretacji psychodelicznych tradycji, które zawdzięczamy np. Velvet Underground, folkowych wątków obecnych w amerykańskiej muzyce popularnej epoki Woodstock, dokonana poprzez połączenie akustycznej delikatności i potencjału samplera. O sile tej wizji świadczą także wspaniałe kowery, zagrane z udziałem wokalistów takich jak Jimmy Tamborello (The Postal Service) w genialnym I Won't Hurt You czy Chris Gunst (Beachwood Sparks) w Porpoise Song, bezpośrednio odnoszące się do kwiecistych lat sześćdziesiątych. "Pacific Drift: Western Music Vol. 1" to frapująca i niezwykle wciągająca płyta, oczarowująca nastrojem i fascynująca brzmieniem, naprawdę niekonwencjonalna.
"And Everything Else..." ma charakteru "Western Music Vol. 2", Nobody celowo odsunął kontynuację (?) zapowiedzianego cyklu i szerzej sięgnął po kanony hip-hopowe i stricte producenckie zagrywki. Album wydaje się bardziej oszczędny, mniej wszechogarniający brzmieniem i nastrojem, chwilami ascetyczny prawie. Co prawda nadal słyszymy sample zdelayowanych gitar, powszechnych wcześniej klawiszy, ale wszystko to jakby bardziej skupione, zawarte w mniejszej ilości efektów i czasami wręcz akustyczne, zainspirowane folkiem - wyczuwalne są nawet wpływy latynoskie. Co ciekawe, nagrany z Prefuse 73 kawałek Tori Oshi jest właśnie najbardziej instrumentalnym, opartym na gitarze klasycznej, momentem płyty. Z drugiej strony, na znaczeniu zyskały rytmiczne łamańce, widoczne choćby w Prefuse'owym Poor Angular Fellow. Ponownie uwagę przyciągają partie wokalne, Chris Gunst tym razem przerobił utwór Flaming Lips What Is the Light, najmocniej w pamięć zapada jednak chyba cudowna kołysanka You Can Know Her, zaśpiewana przez Mia Toi Dodd, artystkę z Plug Research. Właśnie wtedy staje nam przed oczyma bajkowy świat Deadelusa. Con Un Relampago z wokalami Xololanxinco to pierwszy rymowany kawałek Nobody od dobrych kilku lat i w istocie przynosi on kompletną zmianę nastroju. Jednakże Nobody pozostaje mistrzem słonecznej psychodelii i halucynogennego kolażu hip-hopowej wibracji i woodstockowych wspomnień - już otwierający album The Coast is Clear (for fireworks) zniewala połączeniem solidnego bitu i skąpych melodii okraszonych szemrzącymi detalami, Spin the Bright Sun Rose to typowy dla Elvina kolaż leniwych wokali i pogodnych, acz podszytych niepokojem, brzmień. Szereg patentów przynosi chwile nieśpieszne, a całość jest paradoksalnie równie spójna jak "Pacific Drift", mniej może psychodelicznie jednorodna, lecz równie dopracowana i niepowtarzalna. "And Everything Else..." to album mocniej utrzymany w konwencji producenckiej, przez co łatwiej Nobody'ego postawić obok takich artystów jak Diplo, RJD2 czy Deadelus. Może to i dobrze, gdyż dzięki temu łatwiej spostrzec, że jego płyty są tak samo niepowtarzalne jak choćby "Since We Last Spoke" RJD2. Sięgającą hippisowskich czasów tradycję amerykańskiego pop inspirowanego folkiem i psychodelią, tak wspaniale pobrzmiewającą w ostatnich latach w muzyce Yo La Tengo, Pavement, Iron & Wine i wielu innych, odnaleźć także w muzyce didżejskiej, przede wszystkim dzięki Nobody.
[Piotr Lewandowski]