Powiększenie, Cafe Kulturalna, Chłodna 25, Nowy Wspaniały Świat - koncerty w lutym
TRZY NIEZWYKŁE SPOTKANIA
HERA w Składzie Butelek
Ed Wood
Alameda Trio
kIRk
Jacek Sienkiewicz
Kto zabił Alonę Iwanowną?
The Ex
ATP curated by Jeff Mangum
If You Say So Festival 2012
Asymmetry Festival 4.0
ATP I'LL BE YOUR MIRROR London 2012
Primavera Sound 2012
Pohoda Festival 2012
Dour Festival 2012
OFF Festival 2012
Flow Festival 2012
ATP curated by The National



Najmocniej chyba zapowiadana marcowa premiera Sub Popu, jaką jest nowy album Mudhoney to równo siedemsetna pozycja w katalogu tej wytwórni, która z zespołem ma układ niemalże symbiotyczny, choć obecnie Mudhoney oferuje wyraźnie inną niż większość Sup Pop'owych kapel. Zarówno Sub Pop, jak i Mudhoney mają jednak więcej wspólnego z rozwojem sceny w Seattle niż tabuny wykonawców starających się przekuć w dźwięki i dochody enigmatyczne słowo "grunge". I właśnie Mudhoney, choć zawsze pozostający w cieniu sławy wykonawców bardziej medialnych i predysponowanych to miana głosu pokolenia, są grupą kluczową dla "northwest rock explosion", jak nazwano wydarzenia w Seattle na świetnym dokumentalnym filmie "Hype!". Równocześnie, właściwie jedynie Mudhoney i Melvins pozostają do dziś aktywni w stylistyce względnie bliskiej ówczesnej, wydając w dość swobodnych interwałach czasowych kolejne płyty, które choć rewolucji nie przynoszą, świadczą o płodności twórców. Niemniej jednak, o "Under the Billion Suns" należy powiedzieć znacznie więcej niż "kolejna dobra i konsekwentna płyta uznanej marki". Jasne, że wyznacznikiem pozostaje konwencja wytworzona przez Marka Arm z zespołem dzięki przetrawieniu młodzieńczych fascynacji i The Stooges i Led Zeppelin czy Black Sabath, rozpoznawalna w rozkosznie brudnym, charczącym przetworzeniu rock'n'rollowego schematu.
Nie ma co oczekiwać, że Mudhoney sięgnie po korekty brzmienia wykraczające poza dyskretne nowości, jak soniczne klawisze w połowie lat dziewięćdziesiątych czy sekcja dęta na dwóch ostatnich płytach. Ważne, że w ramach swej estetyki Mudhoney jest przekonywujące jak mało kiedy! Paradoksalnie, energia bijąca z rozedrganych riffów, dynamika sekcji rytmicznej czy zjadliwa ironia niedbałego śpiewu Marka Arm, okazują się równie autentyczne i porywające zarówno w kawałkach niemal punkowych (choćby It Is Us lub Empty Shells), jak i w przytłaczających walcach typu Hard on for War i In Search Of.. Wspomnianej sekcji dętej zawdzięczamy sporo chwytliwej melodyki, lecz także psychodelicznej nuty, jak w Let's Drop It, czy kakofoniczne zwieńczenie albumu. Mudhoney zawsze nagrywało albumy odbierane przede wszystkim przez pryzmat piosenek i dlatego z uznaniem należy stwierdzić, że praktycznie każdy z jedenastu utworów zapada w pamięć. Bez przewrotów, z dużym natchnieniem i świadomością, że nikomu nic nie muszą już udowadniać (vide genialny On the Move, niby to rozpoznawalny, ale jednak z czymś ukrytym pod powierzchnią), Mudhoney nagrali płytę znacznie bardziej konkretną niż te z okresu schyłku grunge'owej euforii, a energiczną niemal jak te z lat pączkującego grunge'u. Z okazji premiery "Under the Billion Suns" przypomniałem sobie wszystkie dziesięć ich płyt, które posiadam i coraz silniej kiełkuje mi w głowie obrazoburcza myśl, że ta nowa jest najlepsza. I dzięki takim płytom takich zespołów nadal wierzę w muzykę gitarową. Bomba - a propos, wyraźnym novum, rozdmuchanym przez amerykańską prasę, są polityczne, antywojenne teksty, co jednak nie ma żadnego znaczenia dla faktu, że po "Under the Billion Suns" warto sięgnąć dla jej fascynującego rocka.
[Piotr Lewandowski]