Powiększenie, Cafe Kulturalna, Chłodna 25, Nowy Wspaniały Świat - koncerty w lutym
TRZY NIEZWYKŁE SPOTKANIA
HERA w Składzie Butelek
Ed Wood
Alameda Trio
kIRk
Jacek Sienkiewicz
Kto zabił Alonę Iwanowną?
The Ex
ATP curated by Jeff Mangum
If You Say So Festival 2012
Asymmetry Festival 4.0
ATP I'LL BE YOUR MIRROR London 2012
Primavera Sound 2012
Pohoda Festival 2012
Dour Festival 2012
OFF Festival 2012
Flow Festival 2012
ATP curated by The National



Norweska grupa The Core to być może jeden z największych dynamitów na jazzowej scenie Europy. Espen Aalberg (perkusja), Kjetil Moster (saksofon tenorowy i sopranowy), Erlend Slettevoll (fortepian) i Steinar Raknes (bas) łączą z fantastycznym wyczuciem jazzowe tradycje lat sześćdziesiątych, zwłaszcza tak energetycznych muzyków jak John Coltrane czy Pharoah Sanders, z potężną rockową bądź funkową rytmiką, uzyskując w ten sposób jazz ekscytujący, dynamiczny i barwny. Co więcej, ich najnowszy projekt The Indian Core, zrealizowany z trzema hinduskimi muzykami, ukazuje inne oblicze i myślenie o muzyce, którego jednak wspólnym mianownikiem pozostaje wzajemna wrażliwość grających ze sobą muzyków i improwizacyjna swoboda. Zapraszamy do lektury wywiadu z zespołem, z gatunku tych, dzięki którym jazz się nigdy nie zestarzeje.
Pierwszy raz zawitaliście do Polski mając już na koncie dwie płyty, na których widać wyraźnie, że wasza muzyka rozwija się i dojrzewa, a ostatni projekt, czyli Indian Core , to rzecz namacalnie odmienna. Już chyba odeszliście dość daleko od muzyki, grywanej kiedyś w konserwatorium?
[Steinar] Wiesz, gramy razem już sześć lat, a choć co prawda spotkaliśmy się w konserwatorium -zespoł powstał wtedy dzięki Espenowi - to ważniejsze od początku były koncerty. Szczególnym wydarzeniem był Molde International Jazz Festival, gdzie trafiliśmy w roku 2002 zupełnie nieznani, po zagraniu dosłownie kilku koncertów. W Molde graliśmy dwie noce z rzędu na uboczu głównego festiwalu. Tamte koncerty, eksplodujące i wspaniale przyjęte, otworzyły nam wiele drzwi, ponieważ do Molde przyjeżdża większość osób zajmujących się jazzem oraz organizacją koncertów w Norwegii. A potem się już jakoś potoczyło.
Wasz drugi album "Blue Sky" świetnie pokazuje ewolucję waszej muzyki - generalnie jej struktura i koncepcja pozostają podobne, ale realizowane są z większym namysłem i rozmachem. Teraz już nie tyle staracie się wycisnąć z akustycznego jazzu maksimum energii, jak na "Vision", co nie tracąc nic na energetyczności, więcej osiągacie w warstwie brzmieniowej.
[Espen] Kluczowe znaczenie miało zaproszenie do studia gitarzysty, co nadało naszej muzyce bardziej elektrycznego wyrazu.
[Kjetil] Pierwsza płyta była realizacją bardzo podstawowego, niemal pierwotnego podejścia do jazzu. Wstawiliśmy sprzęt nagraniowy do klubu, gdzie co prawda nie było publiczności, to jednak odniesienia do grania koncertowego były bezpośrednie. I w ciągu trzech dni staraliśmy się maksymalnie wydmuchać z siebie naszą muzykę. Druga płyta nie jest już tak surowa, pracowaliśmy w profesjonalnym studio, a produkcja miała większe znaczenie, co pozwoliło także na nagranie gitar.
Odeszliście zatem od tradycji umieszczania na płycie jednego z podejść do danego utworu, nagrywanych w studio na setkę, na rzecz bardziej rockowej metody. Czy takie fanaberie jak multiplikowanie ścieżek też wchodzą w grę?
[Espen] Skąd, żadnego powielania ścieżek. Choć faktycznie, o ile na pierwszej płycie chcieliśmy uchwycić atmosferę grania na żywo, to na teraz zamiarem było jednak stworzenie czegoś nieco odmiennego niż brzmienie live.
[Erlend] Sytuacja w studio była dla nas czymś zupełnie nowym także z tego powodu, że nigdy wcześniej nie graliśmy z gitarzystą, praktycznie nie odbywaliśmy też z nim prób. Dopiero studio dało okazję do zmierzenia się z tym wyzwaniem. Z drugiej strony, wydaje mi się, że byliśmy znacznie bardziej skupieni i określeni nagrywając drugi album.
Czy w jazzie możliwe jest w ogóle rejestrowanie muzyki "studyjnie", bez odwoływania się do jej koncertowego wymiaru? Czy może studio zawsze będzie ledwie namiastką "prawdziwej", żywej muzyki?
[Kjetil] Żeby poczuć z płyty słuchanej na domowym stereo energię podobną do scenicznej, w studio konieczne byłoby włożenie w nagrywanie niewyobrażalnie więcej energii niż normalnie robi się to na scenie. Nagrywając muzykę w studio pozbawia się ją energii wytwarzającej się między publicznością a muzykami, a rejestrując instrumenty oddzielnie - również tej wynikającej ze wspólnego grania. Jest to niemal nie do przeskoczenia. Poza tym, w studio granie z takim zapałem jak na scenie jest trudne, nie przychodzi tak naturalnie, jak w klubie wobec grona odbiorców i ich entuzjazmu. Nie sposób grać z identycznym uczuciem i ja przynajmniej muszę się bardzo starać, żeby choć zbliżyć się do scenicznej ekspresji.
Wasza trasa po Polsce jest chyba waszą pierwszą po Europie, nie licząc oczywiście Skandynawii. Za to graliście już w Stanach i w Indiach. Jak zapamiętaliście te doświadczenia?
[Kjetil] Podstawowa różnica dotyczyła liczby osób, dla których graliśmy. W Indiach zdarzało się grać dla 1500 osób, w Stanach z reguły dla dwudziestu, raz przyszły aż cztery, a rekord frekwencji padł w Waszyngtonie, gdzie publiki było aż pięćdziesiąt osób. [śmiech]
[Steinar] Okazuje się, że publiczność jazzowa jest w różnych krajach przeciętnie w innym wieku. W Norwegii na przykład na nasze koncerty przychodzą głównie ludzie młodzi, w Indiach natomiast było odwrotnie.
[Espen] Co więcej, tam na jazzowe koncerty wybiera się publiczność z wyższej klasy średniej albo wręcz establishment, taki typ ludzi, który w Norwegii chadza do filharmonii, bo należy. Już to wystarcza, żeby grało się zupełnie inaczej.
[Steinar] Dokładnie, choć i tam zdarzało się nam trafić do małego klubu pełnego młodych osób bawiących się muzyką. Wtedy było bardzo podobnie, jak na żywiołowych koncertach w Polsce.
Norweska scena jazzowa zdumiewa prężnością i różnorodnością - i muzyków, i wytwórni. Abstrahując od klasyków jak Garbarek, czy uznanych twórców klasy Molvaera i Wesselfofta, w młodszym pokoleniu mamy improwizatorów w wytwórni Smalltown Superjazz, wariatów z Shining, chwytliwe Jaga Jazzist, nawet rockowe Motropsycho trąci jazzem. I oczywiście wy. Sporo tego.
[Kjetil] Faktycznie i wszyscy na tej scenie się znają, spotykają w różnych składach, ale każdy stara się robić coś własnego. My również udzielamy się w innych formacjach, choć co prawda mniej znanych w Norwegii niż The Core.
[Espen] Norweska scena ma właśnie to do siebie, że nie praktycznie nie spotkasz na niej mainstreamu.
[Steinar] Ważny wpływ ma tutaj także edukacja muzyczna. W konserwatorium, do którego chodziliśmy, nie było dominującego nauczanego stylu, znalazło się miejsce dla wszystkich odmian jazzu. A wykształcenie własnego języka muzycznego było ważniejsze od zdobywania dobrych ocen.
[Kjetil] Moim zdaniem fundamenty dla takiego podejścia położył Jan Garbarek, już wtedy, gdy kształtował się kojarzony z nim nordycki jazz. Co prawda nie brzmimy specjalnie w tej manierze, ale jego znaczenie jest nie do przecenienia. W przeciwieństwie do Danii i Szwecji, gdzie od zawsze grali najwięksi amerykańscy jazzmani, bardzo silnie wpływający na lokalną tradycję jazzową w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, w Norwegii artyści dużo eksperymentowali poszukując własnego stylu. Właśnie to nastawienie okazało się tak ważne, inspirując kolejne pokolenia muzyków jazzowych w Norwegii.
To ciekawe, że poszukujące nastawienie doprowadziło skandynawski jazz od plam Garbarka do potężnej, wręcz rockowej dynamiki, jaką obecnie słychać choćby u Esbjorn'a Svennson'a czy oczywiście u was, gdzie postcoltrane'owska maniera spotyka się z potężnym groovem.
[Espen] W norweskim jazzie zawsze jednak duże znaczenie miała sekcja rytmiczna, przywiązywano do niej wagę, co na pewno wywarło wpływ na naszą muzykę. Podobnie jak nieco od nas starsi Paal Nillsen-Love i Ingebrigt Haker Flaten.
[Steinar] Garbarek tworzył muzykę płynącą, poskładaną z różnych obrazów, plastyczną. Kolejne pokolenia stopniowo zwracały się więc w bardziej energetyczną, funkującą stronę, w poszukiwaniu inspiracji i własnego stylu.
[Kjetil] Moim zdaniem dla dynamiki norweskiej sceny ma też znaczenie przeplatanie się wielu inicjatyw i zespołów. Mniej więcej od dekady dzieje się bardzo dużo w obszarze od muzyki mniej lub bardziej improwizowanej po komponowaną, co pozwala muzykom sprawdzać się w różnych składach i konwencjach. Ta nieustanna interakcja ułatwia poszczególnym formacjom poszukiwanie własnego wyrazu.
Na tym tle tym ciekawsza jest wasza najnowsza płyta zatytułowana The Indian Core i nagrana w septecie z trzema muzykami hinduskimi, grającymi na tabli, sitarze i flecie. W jaki sposób doszło do tej niecodziennej współpracy?
[Espen] Norwegia prowadzi program promocji kultury w Indiach, więc gdy doszliśmy do wniosku, że interesuje nas muzyczne spotkanie z tamtą kulturą, złożyliśmy wniosek o grant w tym celu. Przekonaliśmy urzędników, że warto nas wesprzeć i otrzymaliśmy finansowanie na współpracę hinduskimi muzykami. W listopadzie 2005 pojechaliśmy do Indii, gdzie poznaliśmy muzyków, których słyszysz na płycie. Zagraliśmy z nimi siedem koncertów w Indiach, Pakistanie i Bangladeszu. Wtedy graliśmy jedynie utwory The Core. Współpraca układała się dobrze, ale jednak brakowało materiału, który naprawdę pasowałby tej formacji, nazwanej The Indian Core.
Album jest najbardziej stonowanym i łagodnym ze wszystkich, które nagraliście. Dwie kompozycje skomponował jeden z Hindusów, ale pozostałe cztery są waszego autorstwa. Czyli ten materiał w pełni powstał na potrzeby wspólnego grania?
[Espen] Dokładnie, są to wszystko nowe utwory. Staraliśmy się stworzyć kompozycje umożliwiające grupie zabrzmienie tak dobre i pełne, jak to tylko możliwe. równocześnie chcieliśmy stworzyć wspólną przestrzeń do improwizacji. A że muzyka z Indii jest z reguły bardziej spokojna niż nasza własna.
Co uznalibyście za najważniejszą naukę zdobytą dzięki Indian Core?
[Espen] Muzyka hinduska buduje improwizacje w sposób bardzo cierpliwy, rozłożony w czasie. Gros muzyki artystów naszego septetu to improwizacja, jednak z nastrojami w miejsce melodii. Wydaje mi się, że wszyscy nauczyliśmy się lepiej wykorzystywać czas w naszej muzyce, jak być cierpliwym w improwizacji. Mamy tendencję, by naprawdę skupiać się na kulminacji improwizacji, natomiast w Indiach generalnie rozwój i droga są ważniejsze niż kulminacja.
Z tym większą niecierpliwością czekam na wasz kolejny album i wizytę w Polsce. Dzięki za rozmowę.
[Piotr Lewandowski]