napszykłat
Musicaction
Kristen
Niechęć
27. Dni Sztuki Współczesnej - scena muzyczna
Strefa CSW - koncerty majowe
Maszyny do słuchania
Green ZOO Festival
ATP I'LL BE YOUR MIRROR London 2012
Primavera Sound 2012
LDZ_2.0
Rock for People 2012
Pohoda Festival 2012
Dour Festival 2012
OFF Festival 2012
Flow Festival 2012
ATP curated by The National



Czteroletnie milczenie Tomahawk, naznaczone odejściem basisty Kevina Rutmanisa (który chyba w ogóle wypadł z muzycznego obiegu, gdyż również i w Melvins go brak) przełamane zostało płytą, która zdumiewająco blisko koresponduje z nazwą grupy. „Anonymous” bazuje bowiem na tradycyjnej muzyce indiańskiej, skompilowanej i zaaranżowanej przez gitarzystę Duane’a Denisona. Specyficzny i bardzo konkretny koncept, a także pietyzm, a jakim został on zrealizowany, kojarzą się raczej z Fantomasem niż Tomahawk, którzy do tej pory raczej udowadniali, że z tradycyjnej rockowej formuły można naprawdę wiele wycisnąć, gdy potraktuje się ją z odpowiednim dystansem i dzikością. Swoiste podporządkowanie idei przyświecającej płycie sprawia jednak, że nasuwa się podejrzenie, jakby aż tak egzotyczny pomysł konieczny był do zgromadzenia grupy ponownie w studio. Notabene, nie jest to zgromadzenie w pełnym tego słowa znaczeniu, gdyż gitary i bębny nagrane zostały przez Denisona i Staniera w Nashville, a wokale i efekty Patton zarejestrował w San Francisco.
Ale przecież realizacja etnograficznego wyzwania wymaga raczej spójnych z nim warunków pracy – polskiej muzyki ludowej też się chyba nie da zagrać zanim nie strzeli się kolejki bądź dwóch. A indiańskie songi, pierwotnie skąpe przecież brzmieniowo, lecz intensywne i agresywne w treści, wykonywane były zapewne w celebracyjnym czy wojennym kontekście. Ten dysonans jest na „Anonymous” aż nadto słyszalny – pierwotna energia i surowa forma zostały zachowane w smakowicie tomahawkowej aranżacji, pełnej rozpoznawalnych gitarowych i perkusyjnych smaczków, a z drugiej strony trio wydaje się raczej nagrywać soundtrack niż faktycznie przeżywać tę korzenną muzykę. Oscylując między fantomasowymi mrocznymi formami, surową agresją ale też piosenkowymi motywami, które spokojnie mogłyby znaleźć się na wcześniejszych płytach Tomahawk, a nawet Faith No More, panowie Denison, Stanier i Patton pozostawiają niestety niedosyt. Choć praktycznie do żadnej kompozycji nie można się przyczepić, a kilka z nich jest po prostu rewelacyjnych, to jednak napotykanie pomysłów znanych każdemu nieco osłuchanemu w poczynaniach Pattona i słyszalna wirtualność nagrywania entuzjazm schładza i sprawia, że w ogólnym wrażeniu zbyt wiele jest konfuzji i podejrzenia, że dla tak wymagającej formy należało włożyć więcej serca, by wypełnić ją w pełni wartościową treścią.
[Piotr Lewandowski]