polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Jesus Chrysler Suicide wywiad z Szamotem

Jesus Chrysler Suicide
wywiad z Szamotem

Jesus Chrysler Suicide powstał w Rzeszowie w 1991 roku, w wyniku rozpadu trzech amatoskich kapel: Don't Fuck, Rotten Rolls i Alan Schorchez. Założycielami zespołu byli: Tomasz "Szamot" Rzeszutek - śpiew i Sławomir "Dżabi" Leniart - gitara (aktualnie Agressiva 69). Grupa charakteryzuje się bardzo oryginalnym stylem wiążącym w sobie elementy punk rocka, hardcoru, thrash metalu i industrialu. Mają w swoim dorobku 4 albumy, składankę remixów a ostatnio sprawili swoim fanom nie lada gratkę wydając zbiór rzadkich nagrań p.t "The Rest Of". Pretekstem do rozmowy z Szamotem stało się właśnie to wydawnictwo, ale poruszyliśmy także wiele innych, równie intersujących tematów. Jeśli interesują Was kulisy powstania jednej z najbardziej niezwykłych płyt w historii polskiej muzyki rockowej "Schizovirus 0" albo jesteście ciekawi zdania Szamota o naszym rodzimym "rynku" muzycznym zapraszam do lektury.

Zacznijmy od ostatniego wydawnictwa JCS, zbioru rarytasów "The Rest Of". Sam bardzo lubię tego typu płyty. Często trafiają na nie nagrania, które byłyby ozdobą każdego regularnego albumu. Pamiętam nawet taką sytuację w latach 90-tych, kiedy zbiór b-sidów Carter USM sprzedał się lepiej niż wszystkie normalne płyty zespołu. Masz jakieś ulubione albumy z tej serii?

Wiele takich chyba nie ma na moich półkach (śmiech), ale myślę że płyty Smashing Pumpkins - "Pisces Iscariot" i "Zero" mógłbym do nich zaliczyć.

Album prezentuje rzadki dla tego typu wydawnictw równy poziom. Czy mógłbyś pokusić się na określenie "The Rest Of" jako kolejnego albumu JCS z jakimś konceptem, a nie tylko zbiorem przypadkowych nagrań? Za coś w stylu "Strategies Against Architecure" Einsturzende Neubauten czy "The Best of Rare Cult" The Cult?

Nie, nie zamierzaliśmy tworzyć żadnego koncept albumu, aczkolwiek to co znalazło się na tej płycie i w jakiej kolejności umieściliśmy utwory było dokładnie przemyślane. Chcieliśmy udostępnić naszym fanom pełnowartościową płytę z utworami które z różnych względów nie mogły znaleźć się na naszych poprzednich krążkach, coś co nie powinno leżeć w naszych szufladach. Chcieliśmy też tym krążkiem zakończyć pewien rozdział w historii JCS, aby w przyszłości z czystym sumieniem skupić się nad nowym materiałem.

Spokojnie mógłbyś skompilować podwójny album. Trochę mi zrzedła mina jak zobaczyłem brak wielu waszych kawałków rozproszonych po jakiś limitowanych wydawnictwach ("Za zasłoną pieniądza", "Nic Nie Widzę", "Thrown The Stone", coverów: Depeche Mode "People Are People" i "My Wild Love" The Doors, albo utworów, które znalazły się tylko na reedycji "Schizovirusa 0" ze znakomitym "Fetish", na czele ). Trzymasz je na inną okazję?

Nie umieściliśmy na "The Rest Of" tych utworów przede wszystkim z jednego powodu. Chcieliśmy uniknąć rozmów i podpisywania jakichkolwiek papierów z majorsami. Oni akurat trzymają swoje łapy na "Nic Nie Widzę" i "People Are People".

Aby umieścić np. "My Wild Love" na płycie, która byłaby w sprzedaży, musielibyśmy otrzymać zgodę od publishera tego utworu, a to ciężka sprawa, szczególnie, że nikt w Polsce nawet nie był w stanie nam go wskazać (śmiech). "Za zasłoną pieniądza" nie załapał się na płytę, gdyż nie pasował nam brzmieniowo do pozostałych numerów. Umieściliśmy za to wersję angielską tego utworu - "Behind The Curtain". Co do "Fetish" to ukazał się on przecież na reedycji płyty "Schizovirus 0" i tyle wystarczy, a "Throw the Stone" to jakby nie było "Hibernautus Hipnotauzus" z lekko zmienioną końcówką numeru.

Naprawdę nic nie zostało z czasów sprzed debiutu i sesji do "Romp"? Taka sama sytuacja wiąże się z okresem sesji do "Eso Es". Skąd te białe plamy?

Z sesji 'Romp" nic nie pozostało, wszystko, co nagraliśmy, ukazało się na płycie. W czasie sesji nagraniowej przymierzaliśmy się do utworu "Anioły jeszcze walczyć chcą" wtedy jeszcze z angielskim tekstem. Niestety coś nie wyszło. Po latach nagraliśmy ten numer z zespołem Neonovi i umieściliśmy na ostatnio wydanej płycie. W przypadku "Eso Es" była jedna kompozycja, która została nam w wersji instrumentalnej. Niestety pozostał tylko 'rough mix' w zbyt mało ciekawej wersji, aby dograć do tego wokal i umieścić ją na "The Rest Of".

To może teraz czas na jakieś "The Best Of"? Myślisz, że moglibyście kiedyś wydać coś takiego? Np. w 2011 roku, w rocznicę powstania zespołu składanka "20 years of Silikon Disco" jako dodatek do sobotniej "Gazety Wyborczej"?

Hehe, nie ma szans, no chyba, że dobrze by nam zapłacili. Jeśli np. starczyłoby na nagranie kolejnej płyty JCS to moglibyśmy się nad tym zastanowić (śmiech).

Celowo poruszyłem temat dystrybucji płyt. "The Rest Of" ukazało się w limitowanym nakładzie 500 sztuk i dostępny jest tylko na koncertach oraz poprzez oficjalną stronę zespołu. Normalna dystrybucja via wytwórnia i sklepy jest już przeżytkiem?

Od początku założyliśmy sobie taki sposób sprzedaży "The Rest Of" i nie żałujemy tego. Ale zdajemy sobie sprawę, że tradycyjna dystrybucja jest na pewno mocniejsza. Jaką drogą pójdziemy przy następnej płycie, tego jeszcze nie wiemy.

Jak skomentujesz ostatnie sukcesy Radiohead i NIN w sprzedaży swojej muzyki via internet? Jest w ogóle sens wydawania jeszcze albumów w swej tradycyjnej formie? Krótko mówiąc download czy digipack?

W tym momencie można to nazwać już śmiałymi próbami, aczkolwiek w przypadku liderów, którzy wprowadzają tą formę sprzedaży jest to niezła, dodatkowa promocja. Czy to dobrze czy nie myślę, że digipack niebawem zostanie wyparty przez download.

Zmieńmy może trochę temat: jeśli dobrze się orientuję, granie z JCS nigdy nie było źródłem Twoich dochodów. Wyszedłeś chociaż na tym na zero, czy jednak dopłacasz do interesu?

Staram się z naszą menadżerką tak kierować zespołem, abyśmy wychodzili na plus w kwestiach finansowych.

Oglądałeś może ostatnio rozdanie Fryderyków?

Nie, nie oglądałem rozdania Fryderyków, od paru lat telewizję oglądam "jednym okiem" (śmiech). Mogę też powiedzieć, że mamy w zespole człowieka, który od wielu lat nie posiada ani radia, ani telewizora i jest z tego powodu bardzo szczęśliwy (śmiech). Jeśli chodzi o Fryderyki, byliśmy kiedyś nominowani i zaproszeni na tą imprezę. Wyglądało to tak, jak sobie wyobrażałem. Nic ciekawego. Biorąc pod uwagę fakt, że w Polsce sprzedaje się bardzo mało płyt, oczywistym wydaje się to, że ludzie z branży, którzy są przy korycie, będą pilnować swojego miejsca. Dlatego nie dopuszcza się tam nikogo nowego, a jeśli już, to wybiera się jakąś plastikową marionetkę, którą później kierują ludzie z układu, bądź też daje się komuś szanse urosnąć tylko do rozmiaru płotki. Polski rynek muzyczny to wioska, która w połączeniu ze słabą sprzedażą płyt wypada bardzo sztucznie i nieciekawie. Prawdopodobnie lepiej by to wyglądało gdyby sprzedawały się płyty, ale ta sprawa powiązana jest jeszcze z innymi aspektami, o których można by długo rozmawiać. Owszem są wyjątki, zespoły, które nie są promowane mocno w mediach, a dają sobie radę. Mam nadzieję że takich wyjątków będzie w przyszłości coraz więcej.

A może polscy muzycy powinni wyjeżdżać z kraju i spróbować zrobić coś na Zachodzie? Wielu muzyków z Australii (choćby Nick Cave, Dead Can Dance) czy ze Skandynawii (The Cardigans, A-ha) tak zrobiło. Większość z nich też zaczynała od mycia garów, czy śpiewania w klubach dla gejów.

Wszędzie, czy w Polsce, czy w innym kraju, aby odnieść sukces potrzeba twardej dupy, wytrwałości, konsekwencji, wiary w siebie i szczęścia. Pewno parę polskich zespołów z niezależnej sceny mogłoby sobie lepiej poradzić na Zachodzie. Tam jest więcej możliwości promocji takiej muzy, choć z drugiej strony jest też większa konkurencja.

A chciałbyś kiedyś nagrać swoją "Złotą Płytę", sprzedać te 15 tysięcy egzemplarzy i później pójść na galę Fryderyków, odebrać jakąś nagrodę i popławić się troszkę w tym samozadowoleniu "ach, jak jest zajebiście".

To zależy co musiałbym stworzyć, co zrobić by sprzedać te 15 tysięcy płyt. Jeśli nagram coś, z czego będę zadowolony i zacznie się to dobrze sprzedawać, to na pewno nie będę wstrzymywał dotłaczania kolejnych płyt (śmiech). Ilość sprzedanych płyt nie jest priorytetem w tym, co robię.

Wróćmy jeszcze do Jesusa. W historii wielu zespołów występuje taki moment, w którym osiąga swój szczyt i nagrywa taki album, po którym nigdy nie podniesie już poprzeczki wyżej. NIN i "Downward Spiral", Ministry i "Psalm 69", The Cure i "Disintegration", przykładów można mnożyć. JCS i "Schizovirus 0"?

"Schizovirus 0" jest niezwykłą płytą, która kopie do dzisiaj. Nadal ludzie pytają nas, na czym te gitary były nagrywane, jak wokal, a gdzie ten perkusista który tam grał na płycie?

Myślę, że najlepsze szczytowanie w naszym przypadku, to były płyty "Schizovirus 0" i "Rhesus Admirabilis". Ale mam nadzieję, że to największe jeszcze nadejdzie (śmiech).

Opowiedz trochę o kulisach tamtej niezwykle płodnej i twórczej sesji. Jak rodziły się pomysły, jak przebiegały nagrania?

Duży wpływ na to, co znalazło się na płycie, miał fakt, że materiał wyjściowy tworzyłem razem z Dżabim, ówczesnym gitarzystą JCS. Mieszkaliśmy wtedy razem, dużo graliśmy i ostro imprezowaliśmy. Ważną sprawą było także to, że za heblami zasiadł bardzo obiecujący wtedy realizator, a obecnie już duża i poważana persona w branży - Andrzej Karp. Do tego wszystkiego dołożyli się jeszcze perkusista Mariusz Dziedzic, Bodek Pezda, Grzesiek Joachimowicz i Piotrek Urbanek. Dobrze pokierowana maszyna tak różnych osobowości dała przez wiele lat do myślenia ludziom. Wiele osób przez dłuższy czas nie było w stanie ogarnąć materiału, który znalazł się na tej płycie i docenili ją dopiero po latach. Tworzyliśmy tę płytę z myślą zrobienia czegoś niezwykłego i szalonego. I chyba nam się to udało (śmiech)

Byłeś rozczarowany faktem, iż ten nowatorski materiał zupełnie przepadł na rodzimym rynku? Do dziś uważam, iż gdyby "Schizovirus", czy też "Chmury Nie Było" Kobonga ukazały się np. w Stanach bylibyście dziś w tej samej lidze co Tool czy Queens of the Stone Age.

Nie myślę w ten sposób. Stało się to co miało się stać. Nie zadaję sobie też pytań takich jak co by było gdybyśmy się urodzili gdzieś a Stanach? Być może gralibyśmy tam inną muzę, albo w ogóle robili coś innego. Płyta trafiła do wielu ludzi, zresztą do tej pory jest nadal zamawiana przez naszą stronę internetowa i można ją jeszcze kupić gdzieś w paru sklepach w Polsce.

Jeśli zależałoby nam bardzo na sprzedaży płyt, pewno musielibyśmy zacząć od zmiany naszej nazwy (śmiech).

Co dalej z Jesusem, kiedy nowa płyta? Niedawno ukazał się wreszcie debiut Twojego pobocznego projektu Neonovi. Kto jest teraz ważniejszy?

Trudno określić kto jest ważniejszy. Tak naprawdę dopiero od roku działania z JCS i Neonovi zaczęły gdzieś tam ze sobą kolidować, gdyż tak się złożyło, że w tym samym czasie wydaliśmy płyty. Na szczęście zorganizowaliśmy to tak, że wszystko układa się bez problemów.

Nie jestem w stanie podać przybliżonego terminu wydania kolejnej płyty JCS. Na razie gramy jeszcze koncerty związane pośrednio z promocją płyty "The Rest Of" i debiutanckiej płyty Neonovi. Na wakacjach prawdopodobnie zajmiemy się przygotowaniem nowego materiału Jesus Chrysler Suicide.

Rzeszów, w którym mieszkasz, kojarzy mi się ze wspaniałą sceną nowofalową z lat 80-tych i hot-dogiem, którego zjadłem kiedyś na Dworcu i po którym się porzygałem. Mam więc dość sprzeczne uczucia. A jakie Ty masz?

Rzeszów to raczej spokojne miejsce. Jego położenie względem większych miast jest mało szczęśliwe. Cierpimy z tego powodu, bo mało gramy koncertów na północy Polski..

Jeśli chodzi o hot-dogi przy dworcu - nie jadam (śmiech). Jeśli chodzi o scenę muzyczną - jest tu bardzo ciekawie i kolorowo. Wcześniej scena rzeszowska była może bardziej konkretna, ale jednak monotematyczna. Tak naprawdę jednak nie ma sensu porównywać tego, co było do tego, co jest. Czasy się zmieniły. Kiedyś, gdy zaczynałem tutaj grać w mieście było może pięć do dziesięciu zespołów, w tym pewno trzy grupy miały jednego perkusistę (śmiech). Teraz łącznie gra tu chyba już dziesięć razy więcej bandów.

Na koniec powiedz mi jeszcze, którego z Jesusów lubisz najbardziej: Jesus Lizard, Jesus & Mary Chain, Jesus Jones, Jesu a może masz jakiegoś własnego, personalnego Jesusa?

Z tych których wymieniłeś na pewno Jesus Lizard i Jesus & Mary Chain są bliskie mojemu sercu. A poza konkurencją jest ten najwyższy, Ojciec wszystkich Jesusów.

[Marcin Jaśkowiak]