polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Doug Scharin wywiad

Doug Scharin
wywiad

Activities of Dust to (wybaczcie) supergrupa dowodzona przez Douga Scharina, w składzie której znajdują się Jeff Parker, Bill Laswell i Bernie Worrell. Jesienią ubiegłego roku, dzięki francuskiej wytwórni Adluna, ukazała się debiutancka płyta tego niezwykłego kwartetu - "A New Mind". Zapraszamy do lektury wywiadu z Dougiem Scharinem.

Zacznijmy od Twojej najmłodszej formacji - Activities of Dust, która właśnie wydała debiutancki album "A New Mind". Opowiedz o pracy nad nim. Czy to prawda, że "A New Mind" powstawał 10 lat?

Nie do końca. Przez wiele lat zbierałem różne nagrania z sesji nagraniowych, np. sample, które powstały gdy instalowałem stół mikserski. Mam też mnóstwo loop'ów, które pojawiały się w różnych utworach. Zawsze chciałem je wykorzystać, oprzeć na nich muzykę, dowolnie nimi manipulować. Uzbierało się ich tak wiele, że postanowiłem w końcu się nimi zająć. Początkowe szkice są zatem oparte na samplach zarejestrowanych prawie 10 lat temu. Sam projekt powstawał dosyć długo, wykrystalizował się 2 lata temu kiedy Jeff (Jeff Parker - red.) zaczął tworzyć na ich podstawie muzykę.

Słuchając "A New Mind" zastanawiałem się, jak ważna jest dla Ciebie postprodukcja? Czy ważniejsze dla Ciebie jest odpowiednie brzmienie, wysokie walory techniczne nagrania czy raczej wolisz przenieść koncertową, często niedoskonałą technicznie, aurę do studia?

Zależy od sytuacji. W niektórych składach chodzi przede wszystkim o koncert, o odpowiednią atmosferę. I to jest świetne. Czasami jednak wszystko opiera się na postprodukcji. Tak było w przypadku pierwszej płyty Activities of Dust, ponieważ nagrania gitary Jeffa powstały dużo wcześniej niż pozostałych instrumentów. Perkusja doszła później, a dodatkowe partie basu i klawiszy zarejestrowaliśmy dopiero dzień przed masteringiem. Zatem w tym wypadku postprodukcja jest bardzo istotna, to jest stricte studyjny album.

A czy planujesz oficjalne nagranie koncertowe jakiejkolwiek ze swoich formacji?

Tak. Już nagrana została koncertowa płyta HiM'a, którą zarejestrowaliśmy w Tokio w lutym 2008 roku. Jeszcze nie zmasterowałem tych nagrań, ale ukażą się na pewno wiosną 2009 roku. Miałem dużo pracy, bo właśnie wróciłem z Japonii, gdzie nagrywaliśmy kolejną płytę HiM.

Opowiedz więcej o tej koncertowej płycie.

Głównie zawarliśmy na niej materiał z płyty "1110", dodatkowo kilka starszych kawałków, jeden z "Many in High Places" i jeden z "Peoples". Ale przede wszystkim jest to "1110" w wersji live.

Planujecie odwiedzić Europę jako HiM?

Nie ma konkretnych planów. Aktualnie nasze płyty nie są dystrybuowane w Europie, nie jesteśmy związani z żadnym wydawnictwem. W związku z tym nasz przyjazd do Europy jest prawdopodobny tylko jeśli dostaniemy zaproszenie od jakiegoś festiwalu, a na to się nie zanosi. Dlatego obawiam się, że z tym projektem będzie nam ciężko odwiedzić Europę. Być może to się zmieni, gdy ukaże się nowa płyta, która powinna być skończona w marcu. Zamierzamy ją wydać jesienią 2009 roku.

Być może pojawimy się za to w Europie z Activities of Dust. Trwają właśnie rozmowy w sprawie kilku koncertów na festiwalach. To jednak jeszcze nic pewnego.

Czyli planujecie granie koncertów w "oryginalnym" składzie Activities of Dust?

Możliwe, ale z drugiej strony jest też możliwe, że będziemy koncertować w różnych konfiguracjach. Równie dobrze może być to mój solowy projekt. Póki co, mamy w planach z Jeffem Parkerem zagranie kilku koncertów w Tokio jako Activities of Dust Duo. Generalnie, wspaniale byłoby zagrać live w komplecie, ale to wymaga wielu sprzyjających okoliczności. Zobaczymy czy się uda.

Twoja muzyczna droga wydaje się bardzo kręta. Poznałeś w dzieciństwie Billa Laswella, ale Twoje pierwsze dobrze znane kapele - Codeine, Rex i June of 44 były bardzo odległe stylistycznie od tego, co robi Laswell. Jak w ogóle doszło do tego, że znalazłeś się w samym centrum niesamowicie prężnego i kreatywnego ośrodka, jakim był Louisville w połowie lat 90-tych?

Wracając pamięcią do tamtych czasów - początek miał miejsce prawdopodobnie w 1991 roku, dzięki grupie Codeine. Spotkałem chłopaków z Codeine na ich pierwszym lub drugim koncercie z Chrisem Brokaw na perkusji. Chris był starym kumplem Curtisa Harvey'a z Rex, z którym ja grałem w jednej kapeli jeszcze zanim powstał Rex. Razem poszliśmy na koncert Codeine i tak poznałem członków zespołu, którzy później zaproponowali mi dołączenie do nich. Codeine przez pewien czas funkcjonowało w Louisville, ponieważ większość muzyków tam miała rodziny. W ten sposób przeniknąłem do tamtejszego środowiska i poznałem ludzi z June of 44.

Przyglądając się dyskografii June of 44, można zauważyć pewną woltę, którą najdobitniej obrazował album "Anahata" i ostatni, eksperymentalny "In the Fishtank". Odnoszę nawet wrażenie, że od czasu "Four Great Points" porzuciłeś muzykę wyrosłą z post-hardcore'owych, minimal-rockowych tradycji i skierowałeś swoje zainteresowania w kierunku, nazwijmy to eufemistycznie, post rocka z silnymi wpływami world music. Najlepszym tego przykładem jest właśnie HiM. Skąd ta przemiana? Czy zauważyłeś w ogóle jakiś przełomowy moment w swojej muzycznej ewolucji?

Nie mam poczucia wystąpienia przełomowych momentów. Po prostu zawsze chciałem grać z wieloma ludźmi, odnajdywać się najlepiej jak potrafię w odmiennych estetykach i grać zróżnicowaną muzykę. Nie uważam, żebym przeszedł jakąś znaczącą zmianę. Muzyka, którą tworzę teraz jest mocno zakorzeniona w tym, co robiłem kiedyś. Nawet na płycie "Anahata" June of 44 próbowałem eksperymentować w podobny sposób, czerpać z tych samych idei, które zainspirowały mnie, kiedy zaczynałem tworzyć muzykę.

Odnośnie June of 44, cóż, oczywiście płyty bardzo się różnią od siebie. Każda z nich ukazuje w jaki sposób pracowaliśmy jako zespół, jako całość. Na pierwszych płytach Jeff (Mueller - od red.) i Sean (Meadows - od red.) napisali większość piosenek, ale później działaliśmy tak, aby kawałki powstawały wspólnie. Założyliśmy, że nie przychodzimy na próby z gotowymi utworami, tylko tworzymy je na bieżąco. To jest powód, dlaczego tamte albumy się różnią. Po prostu pod koniec staraliśmy się pisać piosenki wspólnie.

Przyznam, że dla mnie June of 44 jest jednym z najistotniejszych, najlepszych zespołów. Imponowało mi, z jak doskonałym wyczuciem łączyliście elementy minimal, noise i post rocka, dodając do nich specyficzną, nerwową aurę. Jak postrzegasz June of 44 po prawie 10 latach od jego końca?

Dokładnie tak samo jak wówczas. Wyrażaliśmy w muzyce owe czasy i nasze przeżycia, więc wiele elementów łączyło się ze sobą. Nerwowość, którą wspominałeś, wynikała po prostu brzmienia, jakie wspólnie stworzyliśmy. Może mieliśmy szczęście? Jestem ciekaw, co by było gdybyśmy wciąż grali.

Przed paroma laty udzieliłeś wywiadu, w którym wspomniałeś, że wierzysz w powrót June of 44. Obecnie jesteśmy świadkami fali powrotów zasłużonych kapel z lat 90-tych, że wspomnę tylko Jesus Lizard.

Bo wiesz, to jest opłacalne (śmiech).

Pewnie tak. Wierzysz, że zagracie jeszcze wspólnie z Jeffem, Seanem i Fredem pod szyldem June of 44?

Od zawsze jestem na to otwarty. Byłoby fajnie gdyby do tego doszło, ale wiesz, było już wiele starań i mimo wszystko się nie udało, więc trudno. Podejrzewam, że to byłaby niezła zabawa, tym bardziej, że każdy z nas jest teraz innym człowiekiem. Ale skoro nie doszło to jeszcze do skutku to trudno. Co mam zrobić?

Ok., pogadajmy teraz o Twoim głównym od lat projekcie - HiM. Nowa płyta - "1110" jest dla mnie Waszym najbardziej radosnym, eterycznym albumem. Wcześniej muzyka była bardziej medytacyjna, spokojna. Czy jest to efektem spotkania nowych muzyków w ramach projektu? (na nowej płycie większość składu tworzą muzycy japońskiej formacji Ultra Living - od red.)

Zdecydowanie tak. To jest najbardziej bezpośredni powód. Ta płyta powstała z chęci wspólnego grania z moimi przyjaciółmi z Tokio. Weszliśmy na jeden dzień do studia i nagraliśmy kilka motywów. Niektóre z nich w formie piosenek znalazły się później na płycie. Chociaż tak naprawdę naszym celem nie było nagranie kolejnej płyty HiM'a, wówczas chcieliśmy jedynie coś nagrać i zastanowić się co dalej. Skończyło się tym, że wydaliśmy to pod szyldem HiM. Uważam, że ten album to skok do przodu w porównaniu z "Peoples" i "Many in High Places".

Kilka kawałków na "1110" posiada tekst. Jak ważne są teksty dla ciebie? A tak w ogóle o czym jest piosenka "Sikyi Rock"?

(śmiech) Tego nie wiem, musisz spytać Japończyków.

Teksty są po japońsku, więc nie wnikałem zbytnio w ich treść. Po prostu napisaliśmy melodie oraz linie wokalne i poprosiliśmy kilka osób o wykonanie. Wiesz, dla mnie bardziej istotna była w tym wypadku barwa głosu, jego brzmienie, niż sam tekst. W przeszłości niektóre teksty w muzyce HiM'a miały jakieś znaczenie, ale generalnie sam nie piszę ich zbyt wiele.

Jakiś czas temu na stronie wytwórni Bubblecore pojawiła się wiadomość o powstaniu nowej twojej formacji - The Djinn. Opowiedz o tym projekcie i o jego planach.

Praktycznie skończyliśmy już nagrywanie płyty. Ja muszę tylko zmiksować ostatni kawałek, ale akurat nie mam wszystkich plików. Czekam na Adama (Adam Pierce - od red.), który dogrywa swoje ścieżki w Nowym Jorku i wkrótce ma mi je przysłać. Jak już to się uda, zostanie nam tylko mastering.

Projekt powstał w związku tournee po Japonii jakieś 2 lata temu kiedy graliśmy materiał z "Peoples". Chciałem stworzyć na te koncerty mniejszy skład z Adamem, Joshem LaRue i Curtisem Harvey'em. Poleciałem więc do Nowego Jorku i tam zaczęliśmy tworzyć nową muzykę, później zagraliśmy trasę w Japonii, po czym wróciliśmy do Nowego Jorku aby nagrać materiał. Zdecydowaliśmy, że na jego bazie powstanie nowy projekt - The Djinn. Płyta powinna ukazać się w tym roku.

Porozmawiajmy chwilę o improwizacji. Czym ona właściwie jest dla Ciebie? Formą poszukiwania i kształtowania utworu czy też celem samym w sobie, próbą osiągnięcia pewnego stanu ducha itp.?

(śmiech) Tak, to próba wejścia w inny stan ducha, przeniesienia pewnych dźwięków, brzmienia w inny kontekst. To również spore wyzwanie, sprawdzanie jak daleko możesz zabrnąć, testowanie swoich umiejętności. Improwizacja to też pewnie dobra szkoła, sprawia, że jesteś lepszym muzykiem, bardziej spontanicznym. Nie chcę przez to powiedzieć, że nie sprawiają mi radości przygotowane piosenki, to też niezła frajda. Tworzenie piosenek to w pewnym sensie poszukiwanie. Tak było np. jak grałem w Rex. Mieszkaliśmy wtedy razem, mieliśmy mnóstwo prób i dużo improwizowaliśmy. Z tej improwizacji powstawały piosenki. To było świetne. Jeśli chodzi o HiM to często jest tak, że mieszkamy w różnych miastach i nie mamy luksusu częstego spotykania się i improwizowania. Dlatego każdy ma pewne pomysły, które dopracowujemy, kiedy już się spotkamy.

Według jednej z opinii, improwizowanie z dobrze znanymi muzykami powoduje, że grzęźniesz na mieliznach, raczej powinno się szukać nowych znajomości. Co o tym sądzisz?

Jak w małżeństwie? (śmiech) Może tak jest, lecz chyba zależy to od muzyków. Jeśli grasz z ludźmi, którzy w międzyczasie współpracują z innymi muzykami, przez co mają świeże spojrzenie, to sytuacja jest zdrowa. Ale są też ludzie, z którymi w ogóle nie dajesz rady jammować. Po prostu czasami coś wychodzi, czasami nie.

Czy stawiasz sobie jako muzyk, artysta jakiś ważny cel?Nie, nie mam jakiegoś szczególnego celu. Chcę czuć się dobrze. Kiedy pierwszy raz zetknąłem się z instrumentem, kiedy poczułem, że naprawdę gram na bębnach, doświadczyłem czegoś, co nie odczuwa się często. Granie jest dla mnie zatem dążeniem do przedłużenia tych doświadczeń. Z drugiej strony, jako że pracuję dużo w studiu, czuwam nad miksami, postprodukcją, jest mi ciężko naprawdę poświęcić się swojemu instrumentowi i pracy nad kolejnymi płytami. Postprodukcja sprawia, że nie grywam często na perkusji.

Na koniec zdradź nam czy masz jakichś perkusyjnych mistrzów, którzy szczególnie Cię zainspirowali?

Mógłbym wymienić wiele nazwisk, wspomnieć wiele przypadków, kiedy spotykałem różnych inspirujących bębniarzy. Podróżując, grając koncerty, spotykałem na całym świecie niezwykłych muzyków, a o niektórych wcześniej nawet nie słyszałem. Oczywiście mógłbym mówić o jakichś konkretnych płytach, itd. Ale byłoby tego za wiele.

Ok., ostatnie zdanie dla polskich słuchaczy i czytelników?

Człowieku, nigdy nie byłem w Waszym kraju. To wstyd! Musze tam kiedyś przyjechać.

Może z Activities of Dust?

Mam nadzieję, że tak będzie.

Dziękuję za rozmowę!

(wywiad pierwotnie ukazał się w audycji "yyy", studenckie radio żak)

[Adam Bogusiak]