polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Brzoska i Gawroński  wywiad

Brzoska i Gawroński
wywiad

Dominik Gawroński jest pochodzącym z Katowic, młodym producentem muzyki elektronicznej. Debiutował w 2009 roku album “Cup of coffee” - płytą, na której znalazła się emocjonalna, wciągająca muzyka elektroniczna, kojarząca się ze spacerem miejskimi ulicami i peryferiami. Wojciech Brzoska jest katowickim, uznanym w środowisku literackim poetą i animatorem kultury. W 2008 roku wydał płytę “Nietakty”, nagraną z producentem skrywajacym się pod pseudonimem Mosquito.

Kilkadziesiąt miesięcy temu katowiccy artyści połączyli siły, wychodząc od łączenia muzyki i poezji, współpracując z kilkoma instrumentalistami. Obecnie tworzą kolektyw złożony z wokalisty, wokalistki, operatora instrumentów elektronicznych, gitarzysty elektrycznego i perkusisty grającego na padach elektronicznych.

W poprzednim numerze Popupmusic recenzowaliśmy ich EPkę, w oczekiwaniu na płytę długogrającą, zapraszamy do rozmowy z Wojciechem Brzoską i Dominikiem Gawrońskim.

Dominik, w 2009 roku wydałeś płytę Cup of coffee. Skąd się wzięła muzyka elektroniczna w Twoim życiu? Czy to gatunek dominujący, jeśli chodzi o Twoje zainteresowania?

Dominik Gawroński: Wcześniej, przed wydaniem płyty, produkowałem muzykę, ale była to stricte klubowa elektronika. Około 2008 roku moje inspiracje zmieniły się diametralnie. Zacząłem słuchać bardziej połamanych beatów, więcej downtempo, poznałem w tamtym czasie najwięcej zespołów tworzących taką muzykę - było to dla mnie nowe. To była tak silna inspiracja, że zacząłem tworzyć podobne utwory. Pojawił się pomysł, by poskładać je w zwartą całość, wydać płytę. Akurat w tamtym czasie prężnie działał Phatt Sounds - netlabel moich znajomych. Naturalną kolejną rzeczy, było to pierwsze miejsce, w które wyslałem materiał. Tak powstala płyta.

To byla płyta o Katowicach?

DG: To była płyta o mieście. Z dzisiejszej perspektywy, była to płyta o Katowicach, bo spędzam tutaj najwięcej czasu, ale nie było moją intencją zobrazowanie konkretnie Katowic. Na tym etapie, o którym już wspominałem - miałem 50% materiału - pojawiła się taka myśl, by dobierać utwory bardziej koncepcyjnie, nazywać je bardziej tematycznie. Naturalnie, album poukładał się w spacerową całość.

Nie współpracowałeś na tym etapie z wokalistami?

DG: Nie, nie było żadnej takiej współpracy.

Wojtek, przed założeniem zespołu Brzoska i Gawroński współpracowałes z Mosquito. Skąd wzięła się potrzeba połączenia tych - wydawałoby się - nieprzystających światów: poezji i muzyki elektronicznej?

Wojciech Brzoska: Z jednej strony wzięła się ze zmęczenia konwencją prezentowania tekstów na żywo. Byłem już trochę znużony klasyczną formułą: autor czyta wiersze, czy prozę, a publiczność słucha. Z braku energii na styku tych dwóch światów. Przez dziesięć lat, odbywając spotkania autorskie na Śląsku, czy w róznych innych częściach Polski, miałem poczucie niedosytu, jesli chodzi o energię, którą sam wkładam w pisanie - chciałoby sie, żeby ta energia podczas prezentowania tych tekstów wróciła. Klasyczna konwencja często odbiera tę możliwość. Jeśli były sytuacje, że publiczność zadaje pytania, było coś poza suchym czytaniem i słuchaniem, mialem poczucie, że to spotkanie ma sens. A jeśli zdarzało się tak, że czytałem przez pół godziny, a potem szliśmy na piwo z kolegami, którzy stanowili ¾ publiczności, wydawało mi się to troszeczkę bez sensu. I tak piszę wiersze, publikuję, więc jeśli ktoś chce je przeczytać, pobyć z nimi w samotności, może to zrobić, czytając je w czasopismach i tomikach. Wydaje mi się, że o coś innego chodzi w żywym kontakcie ze słowem, czy muzyką. Zespoły muzyczne mają możliwość śledzenia emocji, które pojawiają się na koncertach, które widać, słychać. Nie chcę jednak, żeby to zabrzmiało tak, że źródłem mojej działalności muzycznej było zniechęcenie. Moja działalność muzyczna najbardziej wzięła się chyba jednak z połączenia dwóch twórczych pasji-poezji i muzyki.

Brałeś udział w spotkaniach grupy "Na dziko", do której należą lub należeli m. in. Krzysztof Siwczyk, Maciej Melecki, Wojciech Kuczok.

WB: Tak. To się dzieje od ładnych paru lat - występujęmy razem na zbiegach poetyckich. To też pokazuje, że ta klasyczna formuła się wyczerpuje. Może poeci nie zakładają zespołów, jak my, ale szukają kontekstów łączenia poezji z innymi dziedzinami sztuki - nie musi to być tylko muzyka. Mi muzyka daje najwięcej możliwości. Intuicyjnie czułem, że moje teksty mogą fajnie współgrać z muzyką. Będę mógł wykrzesać inną energię już na etapie współpracy z muzykiem - pomijając aspekt występów przed publicznością. Na styku mojej interpretacji tekstu i postrzegania tej interpretacji poprzez dźwięki może powstać nowa jakość. Poza tym sama muzyka wyznacza mi pewien szlak interpretacji. Nie jest tak, że istotna jest tylko treść tekstu.

Inspirują Cię ambientowe przestrzenie, rytmy?

WB: Tak. Przestrzenie dźwięków otwierają mnie na zupełnie inne interpretacje tekstu, a wyzwaniem jest łączenie tych materii.

Jak wyglądało pierwsze spotkanie?

DG: Nie było łatwe. Nie mialem pojęcia, czego Wojtek oczekuje. Przesłuchałem płytę, którą nagrał wcześniej. Jedyne co wiedziałem to to, że chcę to zrobić zupełnie inaczej, ponieważ nie jest to moja estetyka brzmieniowa i gatunkowa. To był jakiś punkt wyjścia. Zajęło nam trochę czasu, by wzajemnie się zrozumieć - dowiedzieć się, czego oczekujemy od tej współpracy. Na początku warunki były spartańskie. Ciężko nazwać te spotkania próbami. Warunki sprzętowo-techniczne kompletnie uniemożliwiały sprawną pracę. Po czasie trzeba było się wyposażyć w sprzęt: podstawowy mikser, który umożliwiał nam współpracę na żywo. To było kluczowe. Początki wyglądały tak, że wysyłałem nagrania Wojtkowi i właściwie zmuszałem go, żeby coś nagrał, co kompletnie nie sprawiało mu satysfakcji. Potem okazało się, że dużo większa energia jest podczas grania na żywo - wymyślamy utwory w danej chwili, gdy słuchamy muzyki. To miało większy sens, niż korespondencyjna wymiana plików.

Skoro mówisz o mikserze, jak wygląda kwestia sprzętowa? Syntezatory analogowe, cyfrowe, ich funkcje, jak je łączysz?

DG: Zastosowanie cały czas się zmienia w miarę wzrostu mojego doświadczenia jako producenta. Im dłużej trwa nasza współpraca, sprzętu cały czas przybywa. Na początku używałem tylko laptopa, później wyposażyłem się w kontroler, który okazał sie niezbędny. Teraz w formule koncertowej, którą wspólnie wypracowujemy z Michałem (Michał Kmita, brat Grzegorza "Patyczaka" Kmity - przyp. redakcji) korzystamy z wielu sprzętów. Na scenie będziemy mieli perkusję elektroniczną, dwa kontrolery i mój syntezator cyfrowy, którego używam od niedawna, coraz częściej z niego korzystam. Coraz rzadziej korzystam z instrumentów wirtualnych.

Zanim powiecie o udziale Michała, Wojtek - powiedz, jak pamiętasz początki współpracy?

WB: Nie wiem, czy dobrze to odczytałem, ale z pierwszego spotkania pamiętam, że wyczułem lekką nieufność Dominika, jakby myślał: "O co chodzi? Czego Ty ode mnie chcesz?" (śmiech). Zapamiętałem też to, że Dominik chciał działać w miarę szybko. Nie chciał rozwlekać współpracy, wolał przystąpić od razu do działania. Szybko w znaczeniu konkretnie, w zwartej formule. Wydaje mi się, że to nas połaczyło, bo ja też strasznie nie lubię w jakiejkolwiek współpracy, w jakimkolwiek działaniu "rozmemłania".

Praca nad tekstem?

Tak, to dotyczy też pracy nad tekstem. Nigdy nie miałem tak, że tekst powstawał miesiącami. Mogę miesiącami chodzić z pomysłem, ale jak zaczynam prace na papierze, na kartce, daję sobie parę dni. Jesli nic z tej pracy nie wyjdzie, wolę tekst wyrzucić, niż wracać do niego za pięć lat, bo wtedy moja głowa by zwariowała. Tak funkcjonuję.

To o czym Dominik powiedział, że nie miał doświadczeń we współpracy z wokalistami, był przyzwyczajony do współpracy dosyć samotnej...

Samotna współpraca? (śmiech)

WB: No tak. Samotna współpraca - ze sobą (śmiech). Tak jak ja - byłem przyzwyczajony do współpracy z głową i kartką, a Dominik - z głową i ze sprzętem.

Faktycznie, pierwsze spotkania, poza tym, że były w epoce kamienia łupanego, jeśli chodzi o warunki techniczne, nie dawały mi osobiście frajdy. Wyglądało to tak, że Dominik wysyłał mi muzykę, kombinowałem coś w głowie, później usiłowaliśmy to w makabrycznych warunkach nagrać. Dominik bardzo sprawnie radził sobie z klejeniem całości, efekty były całkiem w porządku, tylko czegoś mi brakowało. Chciałem mieć więcej frajdy z tworzenia na żywo, żeby był element dodatkowej energii. Kiedyś po którejś sesji Dominik - rozentuzjamowany - zadzwonił i było to coś w rodzaju eureki.

DG: "Mam to".

WB: "Wiem, o co Ci chodziło".

DG: Na początku wyglądało to tak, że samplowałem wokale Wojtka. Nie miał w ogóle możliwości pełnej ingerencji w to, co się dzieje z jego głosem. Ślady były samplowane, filtrowane, przepuszczane przez różne efekty, a teraz zostawiam wokal tak, jak został nagrany. Oczywiście w dalszym ciągu istotna jest jego obróbka, ale teraz są zupełnie inne proporcje.

WB: Jest dużo więcej spontanu, szczególnie na ostatnim etapie. Jest muzyka, nie ma tekstu, ale jest jakaś energia, którą próbujemy wykorzystywać.

Jak ta energia przepływa pomiędzy Waszymi współpracownikami? Jest wokalistka Asia Małanka, na koncercie w ramach Dni Katowic wystapiły Ola Rzepka i Małgorzata Tekiel...

WB: Ola i Małgosia wystąpiły z nami gościnnie -tylko na tym koncercie...

Ale jest jeszcze Wojtek Bubak. Jakie są róznice pomiędzy początkami, a tym co jest dzisiaj?

WB: Na początku chcieliśmy mieć wokalistkę. Brakowało nam wokalu żeńskiego. Przypadek zrządził, że Asia Małanka - początkowo chyba z odrobiną niepokoju - zaczęła z nami współpracę. Zarówno ona, jak i my traktowaliśmy jej wkład jako wystepy gościnne. Nie sądzislismy, że to potrwa tak długo i pojawi się taki moment, że nie będziemy sobie wyobrażać naszej działalności bez współpracy z Asią. Było to odkrycie - nie chcę mówić, że tylko nasze - samej Asi, pewnego talentu i oswajanie się z tym, że ten talent ma.

Ona nie śpiewa w żadnych zespołach, nie nagrywa płyt?

WB: Nie wykorzystywała swojej umiejętności. Wiem od wspólnych znajomych, że śpiewała, ale to nie miało żadnego wymiaru nagraniowego, nie mówiąc o koncertowym. Było to dla niej nowe doświadczenie. Wojtek Bubak to mój kolega, którego znam od dziesięciu lat. Kojarzę oczywiście z Sensorrów i ze współpracy z Lachowiczem. Jest to znana postać śląskiej muzycznej alternatywy i bardzo ciekawy muzyk. Czułem się bardzo miło, że Wojtek się odezwał mailowo...

To on się zgłosił?

WB: To on chciał z nami współpracować, podkreślmy to (śmiech).

To jest ważne.

WB: To bardzo ważne. Mówimy o tym po raz pierwszy, ale taka jest prawda. Wojtek Bubak przysłał...

Ten słynny Wojtek Bubak? (śmiech)

WB: Ten znany Wojtek Bubak z Sensorrów i zespołu Lachowicza przysłał do nas maila z pytaniem, czy potrzebowaliśmy, jak to poetycko określił, rozjechanej gitary do naszego ensemble'u. Przyszedł na próbę, byliśmy chwilę przed koncertem i tak fajnie się wpasował, że z nami został i chce z nami grać. Zdajemy sobie sprawę, że jesteśmy jednym z kilku zespołów, z którym współpracuje. Weszliśmy do studia, dograł gitarę, świetnie się wkomponował. Wojtek jest gitarzystą z bardzo dużą wyobraźnią. Jego gitara nie musi być na pierwszym planie, potrafi się wkomponować, dodaje swoje pomysły. Cieszymy się, że jest z nami. Jest jeszcze Michał.

Dominik, jak Twoja elektronika klei się z gitarą Wojtka?

DG: Zawsze chciałem mieć gitarę w swoich numerach, ale wtedy, kiedy usłyszałem, że gitarzysta chce z nami współpracować, machnąłem ręką...

WB: Znowu ta nieufność! Pojawił się kolejny zbędny człowiek (śmiech)

DG: To był czas, kiedy miałem inne propozycje tego typu. Pojawiały się i znikały, więc podszedłem do sprawy bez wiary, że cokolwiek z tego będzie. Po pierwszej próbie była euforia. Wojtek ma taki styl, że przepuszcza gitarę przez wiele efektów. Jestem fanem muzyki Christiana Fennesza. Gitara Wojtka momentami brzmi w bardzo podobnej estetyce. Byłem zachwycony, oczarowany. Do niektórych numerów to wniosło zupełnie nową jakość. W tej chwili nie potrafię sobie wyobrazić, jak one mogły wcześniej żyć bez tej gitary. Później, gdy już gralismy jakiś czas razem, jechaliśmy samochodem, okazało się, że słuchamy bardzo podobnej muzyki. Wojtek - podobnie jak ja - jest wielkim fanem Beatlesów. Nasze muzyczne gusta są bardzo zbliżone, nawet w zakresie współczesnej alternatywy. To byl strzał w dziesiątkę.

Graliście razem - w duecie - na Ars Cameralis.

DG: Była okazja, by akompaniować poetom z grupy "Na dziko". Pomysł pojawił się spontanicznie, my też tak do niego podeszliśmy. Byłem bardzo zadowolony po tym występie. Wojtek potrafi wypełniać beaty elektroniczne na różne sposoby, niekoniecznie grając skomplikowane melodie, ale w bardziej kreatywny sposób.

I jest jeszcze Michał na padach elektronicznych. Gra Twoje beaty, które był wcześniej zaprogramowane?

Michał Kmita: To, co do tej pory było zrobione w studio, elektronicznie, próbujemy zaaranżować na żywo. Tak, żeby każdy, kto występuje na scenie miał swoją rolę i jednocześnie mógł wnieść coś swojego. Żeby to brzmiało podobnie, ale być może lepiej, niż na nagraniach, żeby to ewoluowało. Nie staramy się tego zrobić dokładnie tak, jak na nagraniach, będzie to wykonane w innych okolicznościach, niż słuchanie w domu. Naszym zdaniem, może to brzmieć zupełnie inaczej.

Przejąłeś cała sferę rytmiczną, czy część jest odtwarzana z laptopa?

MK: W bardzo małej ilości numerów podkład leci z sampla, najczęściej gram go na żywo.

DG: To nie jest tylko perkusja. Częściowo ze względu na konstrukcję tych utworów, nie da się uniknąć tego, że pewne rzeczy nawiązują do nagrań studyjnych. To jest muzyka elektroniczna. Nie da się wykonać naszych utworów na żywo w taki sam sposób, jak na płycie w pojedynkę, dlatego Michał też operuje kontrolorem i syntezatorem. Czasem mamy dwa syntezatory, które w pewnych momentach współbrzmią. Nie chcemy naśladować brzmienia studyjnego, ale uzyskać dobry efekt. Pomimo, że sam mam kontroler i syntezator, często jest to za mało, dlatego udział Michała jest niezbędny.

WB: Michał może wyglądać na nasz nowy nabytek, ale tak nie jest. Jest nowym nabytkiem tylko w sensie roli, którą teraz wykonuje, natomiast tak naprawde towarzyszy nam od pierwszego koncertu, na ktorym przyszedł w charakterze widza - w klubie 50x50. Zapronował, że zrobi nam wizualki, ktore wykorzystujemy na koncertach. Rola muzyczna, którą teraz pełni jest już pełnoprawną rolą członka zespołu.

Jak Wasza współpraca, współbrzmienie będzie wyglądać na płycie?

WB: Płyta ma się ukazać w listopadzie. Wydawcą jest Ars Cameralis. Materiał w sensie nagrań jest już gotowy. Została kwestia miksu i masteringu, który już też częściowo jest zrobiony. Producentem jest nasz kolega z Krakowa Piotr Figiel - robił mastering naszej EPki.

Plany koncertowe?

WB: 15. września gramy na Golden Vision Music & Art Festival w dawnej dyrekcji huty Uthemanna w Katowicach-Szopieniacach. Gramy na scenie alternatywnej o 20:30 na scenie alternatywnej. Poza nami, na tej samej scenie wystąpi Fair Weather Friends - zaistnieli na kilku festiwalach. W ramach promocji płyty, wystapimy na festiwalu Ars Cameralis.

Interesuje mnie jeszcze jedna sprawa: odbiór wśród różnych środowisk. Wojtek - masz fanów swojej poezji, świat literacki, Dominik - wielbicieli twórczości, nierzadko są to słuchacze muzyki tanecznej. Jak środowisko literackie reaguje na łączenie poezji z "techno", a fani elektroniki na melodeklamowaną poezję? Z trzeciej strony, portal AnimalNewYork.com, pisząc o teledysku do utworu "Nigdzie Indziej" nazwał Waszą twórczość "prison-rap". Jak czujecie się w roli hip-hopowego DJa i gangsta-rapera?

DG: Spotkałem się z bardzo przychylnymi komentarzami i duża ilością wsparcia, którą okazali mi koledzy producenci. Jak się okazało, nie tylko mi pomysł łączenia elektronicznych beatów z poezją chodził po głowie, ale miałem na tyle szczęścia, że w takiej skali udało mi się to zrealizować jako pierwszemu. Myśle, że odbiór jest dobry, choć dla niektórych może to być szok. Jeśli chodzi o muzykę elektroniczną, w szczególności okolice techno, jest do dość hermetyczne środowisko - wbrew pozorom. Wokale są dopuszczalne, ale bardziej na zasadzie samplingu, przepuszczania przez efekty. W bliskich mi okolicach brzmieniowych, zdecydowanie rzadziej zdarzają się pełne partie wokalne. Jeżeli nie jest to śpiew, nie jest to muzyka elektroniczna śpiewana - my jestesmy gdzieś pomiędzy tymi rzeczami - często pojawia się problem, jaką łatkę temu przypiąć, jak tego słuchać. Na pewno są ludzie, którym się to podoba i tacy, którzy to odrzucają, ale bardziej interesują mnie ci pierwsi.

WB: Dominik powiedział, że środowisko muzyki elektronicznej jest hermetyczne, środowisko poetyckie również. Faktycznie, trudno jest to jakoś określić, tę część wspólną, którą tworzymy, łacząc poezję z muzyką elektroniczna, ale staramy się sami podrzucać tę łatkę. Żeby było łatwiej, żeby ludzie wiedzieli, jak to nazywać. Podoba się nam termin elektropoezja.

Wracając jeszcze do współpracowników, warto wspomnieć o jeszcze jednej postaci. Mamy szczęście do ludzi. To brzmi może trywialnie, ale tak jak kiedyś starałem się bardzo pozyskać muzyków, tak teraz wszystko układa się samo. Ta postać to Paweł Uszyński, w którego Folia Sound Studio w Warszawie nagrywaliśmy materiał. To nieprzypadkowy człowiek. Myślę, że trzeba o tym wspomnieć, że jesteśmy grupą kolegów - to jest istotne. Nasza współpraca jest oparta na tym, że lubimy się prywatnie. Z Pawłem było podobnie. Zawsze, gdy proponuję Dominikowi nowe osoby do współpracy, jest zdziwiony: czemu tak daleko? Czemu taka osoba? Trzeba się poznać, trzeba się posłuchać. Pamiętam pierwszą rozmowę Dominika z Pawłem przez telefon - nie było łatwo. Później, gdy do niego przyjechaliśmy, szliśmy przez taką dziwną przestrzeń, która przypominała trochę garaż, trochę morze - stała tam duża łódź. Doszliśmy do małych pomieszczeń, gdzie nie było wiadomo, co gdzie się robi. Do tego momentu też było kiepsko, ale tylko do tego momentu. Później było już tylko lepiej.

Naprawdę, myślę, że mamy farta, że to wszystko się tak układa - w sensie ludzi. Nie dość, że dobrze współpracuje nam się w sensie merytorycznym, to jeszcze ich lubimy. Nie będzie chyba nadużyciem, jesli powiem, że trochę też inspirujemy tych ludzi. Akurat z Pawłem Uszyńskim było tak, że elektroliryka to był jego pomysł sprzed lat. Tylko że ten pomysł był realizowany na zasadzie luźnej współpracy z poetami. To człowiek ze środowiska literackiego, ukończył polonistykę, mamy wielu wspólnych znajomych w tym środowisku. Zawsze chciał łączyć to, co my zaczęliśmy robić na wiekszą skalę - myślę, że się nie obrazi, jeśli to powiem. Stworzyliśmy zespół. Jego projekty były ciekawe, ale ograniczały się do współpracy z kolejnymi poetami.

W związku z tym, ale nie tylko, bo i tak chciałem o to zapytać: czy Brzoska i Gawroński to współpraca poety z muzykiem elektronicznym, czy zespół muzyczny?

DG: Pełnoprawny zespół. Wykorzystujemy teksty poetyckie, ale Wojtek na scenie jest wokalistą.

WB: ...a wiersze stają się tekstami piosenek. Absolutnie, bezapelacyjnie - jest to zespół muzyczny.

Dzięki za rozmowę

[Łukasz Folda]