polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
DIRTY PROJECTORS Swing Lo Magellan

DIRTY PROJECTORS
Swing Lo Magellan

Dave Longstreth, spiritus movens i jedyny stały członek Dirty Projectors od lat eksperymentuje z formą, stąd większy sens ma rozpatrywanie ich jako kompozycji niż piosenek. Eksperymenty te, dodajmy są często karkołomne i przekraczające momentami granicę słuchalności.

Rotujący skład (o zespół otarł się m.in. Rostam Batmanglij z Vampire Weekend) okrzepł w okresie Rise Above czyli odtworzeniu z pamięci utworów z debiutu Black Flag po 15 latach nie słyszenia jej przez Dave’a. Pomysł, szalony na papierze, okazał się zaskakująco udany i, pomijając nieliczne fragmenty nie wytrzymujące wielokrotnego słuchania, zawierał muzykę, która broniła się sama i która tylko zyskiwała dzięki kontekstowi. Ta pozycja pozwoliła wypłynąć zespołowi na szersze wody i Longstreth nie zmarnował swojej szansy podarowując światu w 2009 roku Bitte Orca. Płyta odsłaniająca bardziej piosenkowe oblicze grupy, nie tracąc przy tym skomplikowanych tekstur, w których lubuje się lider, otarła się o listę Bilboardu, wylądowała w większości podsumowań jako kandydat lub płyta roku, windując zespół do pierwszej ligi indie rocka i dała zespołowi jedyny dotąd przebój w postaci miażdżącego r&b „Stillness Is The Move”.  Podstawą nowego brzmienia stały się porażające harmonie ukazanych na okładce Amber Coffman i Angel Deradoorian (oraz pominiętej z niewiadomych powodów Haley Dekle), które stały się przepustką do współpracy z The Roots, Davidem Byrne czy w końcu nagrania z samą Björk Mount Wittenberg Orca, płyty zainspirowanej… migracją rodziny waleni.

Wbrew deklaracjom Longstretha jakoby nowy album był jego wersją muzyki pop, z inspiracjami sięgającymi od Nirvany do Lil Wayne’a, próżno szukać na Swing Lo Magellan przeboju na miarę „Stillness…” Płyta owszem, jest bardziej przystępna niż większość katalogu Dirty Projectors, ale nie jest wolna od ciągot lidera do przerostu formy nad treścią.

Płyta rozpoczyna się świetnie, od „Offspirng Are Blank", w którym pobrzmiewa sam Bowie z okresu Hunky Dory, w następnym w kolejności „About to Die" możemy podziwiać trademarkowe żeńskie wokalizy, a doskonały początek kulminuje singlowy „Gun Has No Trigger". Najprostszy pod względem formy utwór w całym zestawie najpełniej realizuje popowe aspiracje Longstretha. 

Zresztą od sumy aspiracji też trzeba odjąć manierę wokalną szefa zespołu. Longstreth jest wokalistą charakterystycznym, o dość matowej barwie i słuchanie kilku piosenek z nim w roli głównej urasta do rangi wyzywania. O ile prowadzony przez niego akustyczny utwór tytułowy jest czarujący – przymiotnik, który wcześniej trudno byłoby użyć w stosunku do katalogu DP, to kawałki takie jak „Just From Chevron" czy „Maybe That Was It", w których rygor pisania rzeczy prostych został złamany, wzbudzają tylko irytację.

Wpadki środkowej części albumu nagradzają na szczęście kolejne kompozycje z wielowątkowym „See What She Seeing", gdzie podjęte ryzyko kompozycyjne dało świetną piosenkę, a Longstreth rehabilituje się w zamykającym zestaw balladowym (!) „Irresponsible Tune".

Liderowi Dirty Projectors jedno trzeba przyznać – nigdy nie oddaje półproduktu, każda nuta, nawet najbardziej drażniąca jest przemyślana. I nawet jeśli na teoretycznie, najbardziej popowej płycie zespołu znajdują się fragmenty jawnie przekombinowane, to całość, po kilkukrotnym przesłuchaniu daje wrażenie, że obcujemy z płytą przynajmniej bardzo dobą, jeśli nie świetną. Choć na następnej płycie proponuję poeksperymentować z odrobiną dystansu i poczucia humoru. Rezultat może przekroczyć wszelkie wyobrażenia.

[Paweł Trzciński]