polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious

KODY 2013 - V Festiwal Tradycji i Awangardy Muzycznej
Lublin | 15-18.05.13

Z roku na rok Lublin coraz mocniej się stara by odcisnąć piętno na muzycznej i festiwalowej mapie Polski i zaistnieć tam na trwałe. Tegoroczna, V edycja Festiwalu Tradycji i Awangardy Muzycznej „KODY”, organizowanego corocznie od 2009 r. w Lublinie była prawdopodobnie najprzystępniejszą w swojej historii – zarówno cenowo, jak i repertuarowo.

15 maja, środa

„Święto Wiosny” to dzieło nie tylko ponadczasowe, ale wręcz zakrzywiające czasoprzestrzeń. Zdobycie takiego statusu nie obyło się jednak bez zapłacenia wysokiej ceny. Jak w większości przełomowych zjawisk w historii sztuki – było nią ambiwalentne przyjęcie w roku premiery, która miała miejsce już okrągłe 100 lat temu. Polska premiera odbyła się natomiast dokładnie pół wieku później. „Jeśli Strawiński chciał być naprawdę prymitywny, to najlepiej gdyby napisał swój balet tylko i wyłącznie na bębny.” – równo jeden wiek po słowach zniesmaczonego krytyka z The Times ktoś wyszedł naprzeciw jego zachciance. Spełnienie jego sarkastycznej wizji nie ograniczyło się jednak tylko do instrumentów perkusyjnych, ale towarzyszyły im również dwa fortepiany. Dokonał tego kwartet Kwadrofonik (Emilia Sitarz, Bartosz Wąsik – fortepiany, Magdalena Kordylasińska, Miłosz Pękala – instrumenty perkusyjne).

W najsłynniejszym balecie Strawińskiego można doszukać się niezaprzeczalnego zderzenia korzeni folkowych i tendencji bliższych muzyce współczesnej (co więcej, to właśnie ten utwór określa się jako jeden z najistotniejszych punktów zwrotnych w rozwoju „współczechy”). Owa dychotomia, zdaje się, idealnie współgra z założeniami festiwalu KODY, który właśnie propaguje mariaż tych dwóch muzycznych światów – tradycji i awangardy, dlatego wybór „Święta Wiosny” wydaje się ze wszech miar uzasadniony. Co więcej, wielu muzykologów dowiodło tego, iż znaczne fragmenty „Święta Wiosny” napisano na fortepian, zatem cała koncepcja organicznie przełożyła się na wykonanie Kwadrofonik.

Kwadrofonik znani są z postmodernistycznych interpretacji muzycznego folkloru, jednak „Święto Wiosny” odegrali zaskakująco wiernie, choć w klimacie nieco bardziej kameralistycznym, okazjonalnie rozkładając nieco inaczej akcenty ze względu na radykalnie odmienne instrumentarium. Z tego też powodu nie starali się, na przykład, na siłę replikować fragmentów sekcji smyczkowej. Taka interpretacja i zabiegi stylistyczne uwypukliły jeszcze bardziej rytmikę utworu, a pianiści nierzadko stosowali klastry by uwydatnić rytmiczny aspekt kunsztu fortepianowego.

Na uwagę zasługiwało także samo miejsce wykonania. Był nim mianowicie Klasztor ojców Dominikanów, a konkretnie znajdujący się wewnątrz wirydarz. Architektura tego miejsca budziła podziw, emanowała majestatyczną, średniowieczną elegancją i w połączeniu z rozbrzmiewającą muzyką (wcześniej odbywał się koncert Pierre’a Jodlowskiego, którego końcówkę zdołałem uchwycić) całość tworzyła istnie ezoteryczny klimat, niczym z opowiadań Lovecrafta (było już po zmierzchu). Wspominając o stronie wizualnej spektaklu, należy się również wzmianka o nowatorskim pomyśle zastosowania wielopoziomowej (wnętrze klasztoru, wirydarz oraz rusztowania) choreografii przekazywanej na żywo z wielu ujęć na telebimie. Baletnikom (reprezentowali oni odpowiednio: Śląski Teatr Tańca, Lubelski Teatr Tańca oraz Wydział Teatru Tańca PWST w Krakowie) oddano do dyspozycji sporą przestrzeń, a całość zrealizowano mieszając ujęcia transmitowane na bieżąco z wnętrza klasztoru z segmentami, gdzie wykonawcy występowali na scenie bezpośrednio przed publiką. Wydawało się jakby główną ideą takiej realizacji było nadanie nowego znaczenia terminowi „na żywo”. Samo wykonanie odznaczało się ogromnym stopniem ekwilibrystyki i akrobatyki choć również spore znaczenie miała sama gra aktorska (czytaj sztuka ekspresywnego pozowania do specyficznych ujęć kamery). Baletnicy wprowadzili także elementy typowe pokazom sztuk walki. Niestety, co do tego ostatniego pola moja ekspertyza jest dosyć ograniczona, więc nie wiem czy założenie i wykonanie miało być ironiczne i prześmiewcze, czy też na poważnie.

Ogólnie występ przyjęto z wielkim entuzjazmem, aplauz trwał kilka dobrych minut, a sami artyści wydawali się być taką reakcją oniemieni.

 

Po kwadransie przerwy, tę bardziej awangardową część równania wyprowadzili Jerzy Mazzoll (klarnet basowy) i Tomasz Sroczyński (skrzypce i media elektroniczne). Ich premierowa interpretacja przypominała bardziej proces dekonstrukcji, luźno nawiązujący do utworu, z zaledwie kilkoma namacalnymi punktami zaczepienia względem oryginału, który był bardziej okazją do zamanifestowania własnej muzycznej osobowości. W ich skrzyżowaniu avant-folku z free-jazzem i domieszką muzyki elektroakustycznej znajdował się pewien wyczuwalny element „pijaństwa”, swoistego wykolejenia struktur. Nastroje wahały się od medytatywnego współgrania po ekspresywne pojedynki solowe, znalazło się dużo przestrzeni na eksplorację tembrów. Barbarzyński prymitywizm skrzypiec w zmyślny sposób przełamywał faktury kreowane klarnetem, które również zaskakująco często przywodziły na myśl didgeridoo, dodając tym samym całości posmaku muzyki drone.

Było to – pomimo swej ekspresyjności i sporej dozy szorstkości – dzieło muzyków dojrzałych, niezwykle przemyślane i uwydatniające kompletnie inne aspekty magnum opus Strawińskiego, ale przede wszystkim pokazujące, jak bezkresna jest ich wyobraźnia.

 

17 maja, piątek

Zaproszenie do Lublina Glenn Branca Ensemble jest moim (PL) zdaniem najważniejszym posunięciem w obszarze muzyki gitarowej w tym roku w Polsce. Nie żadne MBV, odgrywające stare hity na zbyt dużej liczbie wzmacniaczy, tylko Branca, który płytą Ascension: The Sequel powrócił w 2010 roku do formatu, który stał u podstaw jego muzyki gitarowej i popchnął rozwój wielu nowojorskich grup, które teraz sprzężeniem zwrotnym wracając do muzyki Branki – chodzi zwłaszcza o Sonic Youth z okresu EVOL i Swans. Niedawno Michael Gira powiedział mi coś takiego: „Gitary elektryczne dostały coś w spadku z przeszłości, mają coś z orkiestry smyczkowej, coś, co sprawia, że kiedy są podłączone do wzmacniaczy, a górne składowe harmoniczne się utrzymują, to powstaje naprawdę potężne brzmienie. Jeśli ponadto osiągasz punkt, w którym rytm jest właściwy i wykonanie jest udane, wówczas czujesz się jakbyś słuchał powiedzmy muzyki Wagnera w katedrze – to bardzo budujące i radosne doświadczenie. To staramy się mniej więcej osiągnąć.” I mogłoby to posłużyć za recenzję koncertu sekstetu Branki, operującego harmonicznym minimalizmem, warstwami gitarowego brzmienia, zwartym, ale dość prostym rytmem i jednak nieco rockową dramaturgią. Oprócz bodajże całego Ascension: The Sequel usłyszeliśmy nowy utwór pt. „Twisting In Space”, bardziej nawet swansowy i nieco dłuższy od tych już znanych. Przyznam, że kiedy widziałem ich po raz pierwszy dwa lata temu byli w odrobinę lepszej formie i grali praktycznie bez przerw między utworami. Rozegrany zespół na trasie to jednak co innego niż zespół na jet lagu grający okazjonalny koncert, ale to szczegół – i tak przeżyliśmy coś wyjątkowego.

Po oszałamiających tsunami i tornadach kontrolowanych dysonansów autorstwa ansamblu Glenna Branki, „pojedynek” francuskiego zespołu Jukebox z rodzimym Mitch & Mitch okazał się być idealnym „rozluźniaczem” napięcia, jakie przetoczyło się wcześniej przez trzewia – jak mniemam – każdego z obecnych na Placu przed Teatrem im. H. Ch. Andersena (miejscu skądinąd niezwykle przytulnym, a zza otaczającego plac ogrodzenia można było podziwiać panoramę Lublina). Tak naprawdę, jedyną stałą w występie był beztroski brak stałości – a przełożyło się to na potężną dawkę frajdy zaserwowanej przez połączone siły polsko-francuskie. Muzycy wydawali się świetnie bawić na scenie, a naturalność z jaką dokonywali swych muzycznych (i nie tylko) wygłupów z łatwością oczarowała publikę. Najciekawsze było to, jak płynnie potrafili skakać po gatunkach. Była to gracja godna kameleona. I tak przeplatały się tematy muzyczne z dawnych telewizyjnych show (Banana Splits) z klimatami rodem z jarmarku, by później wyskoczyć z kunsztownie i nietuzinkowo zaaranżowanymi przeróbkami znanych hitów, jak np. „Wonderful Life” Black czy „Final Countdown” Europe, a wreszcie zaskoczyć wszystkich znienacka cytowaniem Steve’a Reicha czy sypnięciem fragmentu z Milesa Davisa. Wracając jednak do rzeczy bardziej przyziemnych, znalazło się także trochę włoszczyzny w sosie serowo-kiczowym.

Pomimo stylistycznej karuzeli, całość przepełniała atmosfera dobrej zabawy, było pełno gagów, a potencjał rozrywkowy tej kooperacji z powodzeniem mógłby się przełożyć na imprezę nastawioną na znacznie większe grono publiczności. W umiejętny sposób przemycono awangardę i wpleciono ją w ludyczno-popowe kreacje.

 

18 maja, sobota

Zwieńczeniem festiwalu był show „The Music Of Frank Zappa & more featuring Four Zappa-Band Legends” zespołu Project/Object, a dodatkową atrakcją była obecność aż czterech sidemanów samego Zappy (współpracujący z nim w różnych okresach jego działalności). Muzycy ci po raz pierwszy w historii zagrali ze sobą razem w takiej konfiguracji. Niemniej jednak, w moim skromnym odczuciu i mimo nienagannej techniki oraz warsztatu muzycznego, wielkiego wrażenia nie zrobili. Może dlatego, że łatwo było się domyślić, czego można było się spodziewać, niemniej jednak na gruncie muzycznym pozostał spory niedosyt. Zespół nadrabiał to humorem i serdecznością. Dominowała sewentisowa część repertuaru (raczej gitarocentryczna i niestety dosyć jednostajna, zważywszy na liczbę zaangażowanych muzyków) oraz format piosenkowy, choć ostatecznie muzycy odważyli się wkroczyć na terytorium jazz-fusion oraz instrumentalne (w tym osławione „Peaches en Regalia”), które trochę upikantniły ten odgrzewany kotlet.

Tak jak koncert Jukebox / Mitch & Mitch, quasi-benefis Franka Zappy nosił znamiona nieco bardziej konwencjonalnego występu, który także przy odpowiednim wypromowaniu mógłby zaistnieć poza tak nadal specyficznie traktowanym festiwalem, jakim są KODY. Być może był to zwiastun dalszych dążeń w celu uprzystępnienia całości i pokazania, że awangarda i błazeńskie sztuczki to często (prawie) jedno i to samo.

[tekst: Jakub Krawczyński, Piotr Lewandowski]

[zdjęcia: Piotr Lewandowski, Wojtek Kornet]

Kwadrofonik, „Święto Wiosny” [fot. Wojtek Kornet]
Kwadrofonik, „Święto Wiosny” [fot. Wojtek Kornet]
Kwadrofonik, „Święto Wiosny” [fot. Wojtek Kornet]
Jerzy Mazzoll / Tomasz Sroczyński [fot. Wojtek Kornet]
Jerzy Mazzoll / Tomasz Sroczyński [fot. Wojtek Kornet]
Glenn Branca Ensemble [fot. Piotr Lewandowski]
Glenn Branca Ensemble [fot. Piotr Lewandowski]
Glenn Branca Ensemble [fot. Piotr Lewandowski]
Glenn Branca Ensemble [fot. Piotr Lewandowski]
Glenn Branca Ensemble [fot. Piotr Lewandowski]
Glenn Branca Ensemble [fot. Piotr Lewandowski]
Glenn Branca Ensemble [fot. Piotr Lewandowski]
Glenn Branca Ensemble [fot. Piotr Lewandowski]
Glenn Branca Ensemble [fot. Piotr Lewandowski]
Jukebox [fot. Piotr Lewandowski]
Jukebox [fot. Piotr Lewandowski]
Jukebox [fot. Piotr Lewandowski]
Jukebox [fot. Piotr Lewandowski]
Mitch & Mitch [fot. Wojtek Kornet]
Mitch & Mitch + Jukebox [fot. Wojtek Kornet]
Project/Object [fot. Wojtek Kornet]
Project/Object [fot. Wojtek Kornet]
Project/Object [fot. Wojtek Kornet]
Project/Object [fot. Wojtek Kornet]