polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Swans wywiad z Michaelem Gira

Swans
wywiad z Michaelem Gira

Click this link for English version of the interview

Od czasu, gdy Michael Gira tchnął w Swans drugie życie minęły trzy lata, na przestrzeni których ukazały się trzy płyty i powstała taka ilość wyjątkowej muzyki, że za kilkanaście czy kilkadziesiąt lat prawdopodobnie Swans pamiętać będziemy w równym stopniu przez pryzmat pierwszego, jak i drugiego okresu działalności. Od ich poprzedniej wizyty w Polsce minęło nieco ponad pół roku, ale pamięć kontrowersji towarzyszących tamtemu koncertowi i fakt, że materiał wydany krótko później na The Seer zespół określa już jako „stary” sprawiają, że ich powrót na koncerty klubowe jest szczególnym wydarzeniem. Koncerty już niebawem, zapraszamy do lektury wywiadu z liderem grupy.

Powiedz proszę, co myślisz o piosence, którą Ci przesłałem – improwizacji polskiego zespołu kIRk bazującej na „Children of God”.

Dobrze brzmi ten utwór. Zupełnie jak jakieś odległe wspomnienie, jak coś zagubionego w czasie, coś wyłaniającego się spoza warstwy mgły. W pewien sposób przywodzi mi na myśl muzykę do filmu „Głowa do wycierania” Davida Lyncha.

Lubię ich wersję, ponieważ jest dowodem na to, że można tchnąć nowe życie w 25 letnią piosenkę. Twoje utwory to ostatnio także ciągle rozwijające się twory. Niektóre, jak na przykład „Jim”, były w Twoimi solowym repertuarze, później stały się piosenkami wykonywanymi przez Swans, następnie znów grałeś je solo. Inne z kolei, jak „No Words/No Thoughts”, urosły do gargantuicznych wręcz rozmiarów, ale dopiero po tym, jak zostały nagrane. Czy ten proces polega raczej na poszukiwaniu „ostatecznej wersji”, czy może utwory stają się czymś w ciągłym ruchu, nigdy tak naprawdę nie zakończonym?

Zdecydowanie to drugie. Jakiś czas temu postanowiłem, że nie będę traktował niczego jako czegoś skończonego, ostatecznego, będę starał się pozwalać rzeczom ewoluować. Stają się wówczas bardziej interesujące. Obecnie połowa naszego setu, który trwa dwie, a czasem nawet trzy godziny, składa się z nowego, niewydanego jeszcze materiału. Reszta pochodzi z The Seer, ale w dużej mierze różni się jednak od tego, co można usłyszeć na płycie.

Zeszłego lata graliście tylko jedną starą piosenkę – „The Coward”. Czy kierujesz się jakimś specjalnym kluczem włączając starszy materiał do aktualnego repertuaru?

Wykorzystujemy tylko rytm i dźwięk tamtej piosenki. To w pewnym sensie bluesowy kawałek i dobrze się czuję wykonując go. To po prostu materiał, który mogę wykorzystać i przemienić go w coś zupełnie innego, pozwolić rzeczom, aby się działy. Wersja koncertowa niespecjalnie przypomina więc nagrane wersje z przeszłości.

Wiele piosenek z The Seer wykonywaliście wcześniej i pozwalaliście im rozwijać się zanim nagraliście płytę. Jak identyfikujesz odpowiedni moment dla nagrywania muzyki Swans?

Cóż, w tym przypadku to był właściwy moment dla uchwycenia zespołu w dobrej formie i z materiałem, który graliśmy na żywo od jakiegoś czasu. Ale to był dopiero początek, później musieliśmy spojrzeć na ten materiał z boku, zastanowić się nad odpowiednimi, być może trochę innymi aranżacjami. Nagraliśmy wszystko jako zespół, ale później dograłem różne instrumenty, wyciąłem parę rzeczy, w pewnych miejscach dodałem wstępy i tak dalej. To był tylko materiał do wykorzystania, podobnie jak podczas występów na żywo, tyle że w studiu bardziej analitycznie podchodzę do kompozycji utworów. To się nigdy nie wydarza nagle, potrzeba czasu. Zazwyczaj wchodzę do studia mając w głowie pewien plan, ale nigdy rezultat nie wychodzi tak, jak sobie zaplanowałem, ponieważ jak już raz usłyszę jakiś dźwięk, to zawsze inspiruje on powstawanie kolejnych, wszystko się zmienia. Trochę przypomina to zapasy z muzyczną materią, gdy już wyczerpie się wszystkie możliwości, to jest to znak, że płyta jest gotowa i nastał czas by przejść do czegoś nowego.

Wydaje mi się, że nawet większość ludzi, którzy sięgnęła po My Father... i przyszła na Wasze pierwsze koncerty po reaktywacji w 2010 roku nie spodziewała się, że Swans mogą wejść na ścieżkę tak szybkich i spektakularnych zmian. Ilość i jakość materiału, który stworzyliście w ciągu ostatnich trzech lat jest oszałamiająca. Czy Ty sam też jesteś zaskoczony tym, jak zespół szybko i imponująco się rozwija?

Trudno mi powiedzieć, czy ten rozwój jest imponujący, bo znajduję się wewnątrz niego, ale ważne dla mnie jest, aby pracować i znajdować się w niewygodnej, wymagającej sytuacji. Staram się znajdywać coś, co jest wciąż nieznane i staje się wyzwaniem. Materiał, który gramy każdej nocy jest ten sam, ale zmienia się za każdym razem. Wciąż się rozwija. Prawdę mówiąc, w niektórych utworach z The Seer, które gramy na żywo, powstały nowe partie tylko dzięki graniu tych utworów, a właściwie przez improwizację. Niektóre z tych partii wykorzystamy i stworzymy z nich odrębne utwory, które może trafią na następną płytę. Zasadniczo rzeczy rozwijają się teraz w taki naturalny sposób. Intuicja i poczucie, że nie ma co tracić czasu, trzeba działać tu i teraz, bardzo w tym pomagają – to taka sytuacja, jak gdyby tygrys ruszał w twoją stronę, a ty masz maczetę, więc się nie zastanawiasz, tylko wiesz, że powinieneś jej szybko użyć.

Wciąż zaskakuje mnie Twoja rola jako frontmana. Czasami zdajesz się być dyrygentem, czasami jednak prowokujesz innych, tak aby to oni popchnęli Cię gdzieś dalej. Czy możesz wyjaśnić jak działa dynamika tej relacji?

Bycie liderem zespołu to moja praca, tym właśnie jestem. Howlin' Wolf był świetnym liderem, James Brown był świetnym liderem, Nina Simone również. Trzeba szanować swoich muzyków, ale trzeba też ich mobilizować, popychać, walczyć o muzykę do końca. I kiedy to się dzieje, sam też jestem nakręcony. To spory wysiłek, przypuszczam, że niektórzy mogą nazwać mnie „skończonym dupkiem”, który wrzeszczy na zespół na scenie, ale chodzi w tym wszystkim o osiągnięcie jak najwyższego poziomu.

The Seer i koncerty, które miały miejsce w ciągu ostatnich trzech lat, Soundtracks for the Blind jeszcze wcześniej – to imponujące, ogromne, długie dzieła, które wymagają nie tylko uwagi słuchaczy, ale również cierpliwości i wytrzymałości, zwłaszcza w dobie wiecznie skracanego zakresu uwagi i „maksymalnie 60-minutowych koncertów” podczas festiwali. Czy wyzywasz słuchaczy na pojedynek serwując im zakres muzyki, który nie idzie w parze z obecnymi trendami?

Zazwyczaj staram się podróżować tam, dokąd muzyka mnie zaprowadzi. Nie rzucam wyzwań publiczności, to raczej przestarzały awangardowy koncept. To ich sprawa, co robią z muzyką. Cieszę się, kiedy widzę, że ludzie odbierają muzykę, kiedy czuję, że daje im ona znaczące przeżycie. Nie podejmuję się nauczania, ani nawet już komunikowania czegokolwiek, chodzi raczej o stworzenie czegoś, co jest większe od nas i obserwowanie, gdzie nas to doprowadzi.

Moje najlepsze koncertowe doświadczenia z ostatnich paru lat to między innymi Swans, Glenn Branca Ensemble, Boredoms – wszystkie te zespoły używają wielu gitar tworząc poteżną lawinę dźwięku. Zastanawiam się czy obecnie grając w Swans wykorzystujesz doświadczenia nabyte przed laty podczas współpracy z Brancą?

Jedyną lekcją, jaką wyciągnąłem z grania z Glennem jest nie uleganie kompromisom. Niektóre jego koncerty, na których byłem w latach 80., były potężnymi doświadczeniami. Glenn był dla mnie inspiracją, ale nie w kategoriach dźwięku. Przede wszystkim nie jestem w stanie nauczyć się od niego niczego dźwiękowo i brzmieniowo, bo nie jestem klasycznie wykształconym muzykiem, a po drugie, nawet nie chcę brzmieć jak on. Ale Branca jako ktoś, kto w muzyce dąży do ostateczności, do potężnego doświadczenia, do tej duchowej eksplozji w twojej głowie, jest dla mnie ważny. Caspar Brötzmann też prezentuje podobny rodzaj poszukiwań, jest rewelacyjny. 

Gitary elektryczne dostały coś w spadku z przeszłości, mają coś z orkiestry smyczkowej, coś, co sprawia, że kiedy są podłączone do wzmacniaczy, a górne składowe harmoniczne się utrzymują, to powstaje naprawdę potężne brzmienie. Jeśli ponadto osiągasz punkt, w którym rytm jest właściwy i wykonanie jest udane, wówczas czujesz się jakbyś słuchał powiedzmy muzyki Wagnera w katedrze – to bardzo budujące i radosne doświadczenie. To staramy się mniej więcej osiągnąć.

Muzyka Swans działa jak medytacyjny trans, ociera się o swoistą rytualną funkcję. Czy interesują Cię jakieś rdzenne kultury, rdzenna muzyka?

Nie, jestem raczej dość leniwy, jeśli chodzi o słuchanie muzyki innych ludzi. Muzyka, do której mnie ciągnie – mimo że nie słuchałem jej od lat, ale była dla mnie fundamentalnym muzycznym doświadczeniem – to rytualna muzyka tybetańska. Usłyszałem ja po raz pierwszy, gdy jeszcze była na marginesie, zanim Tybet stał się w pewnym sensie trendy, myślę, że było to we wczesnych latach 70. W mojej opinii dociera ona do bardzo głębokich zakamarków psychiki, a tego typu siła jest dla mnie naprawdę inspirująca.

Większość supportujących artystów na trasach Swans to gitarzyści grający solo – Richard Bishop, James Blackshaw, a teraz Jamie Stewart z Xiu Xiu. Co Cię urzeka w tych muzykach?

To przede wszystkim świetna muzyka, ale również podziwiam ludzi, którzy potrafią stworzyć niesamowitą atmosferę wykorzystując minimalne środki. Szanuję Richarda i Jamesa za ich umiejętności, również uważam, że potrafią wzruszać, a to, co robią jest prawdziwie i piękne. Grają przed Swans również z prozaicznych, praktycznych powodów – nie chcę żadnej głośnej, rockowej muzyki przed nami. Uważam, że ludzie mogliby czuć się przemęczeni i przytłoczeni, a chcę, żebyśmy mieli publiczność gotową na nasz zespół. Lubię i wspieram tych muzyków.

Podczas występów w Polsce zagra przed nami solo Jamie Stewart. Jest fantastyczny i przyznam, że lubię jego solowe występy bardziej niż te z zespołem. Jamie w szczególny sposób przypomina mi Nico z ery The Marble Index, jego muzyka ma w sobie europejską jakość piosenki artystycznej. Jest również psychologicznie niepokojąca, co uważam za cenną rzecz.

 

English Version

 

It's been three years since Michael Gira started the second life of Swans and three albums released and staggering amount of exceptional music created since them are probably enough to make us remember Swans in few decades as much through the prism of the first and second period activity. Their last concert in Poland little over half a year ago ended amid controversy, and furthermore, the material released shortly afterwards on The Seer is being currently described by the band as "old". This makes their return for two concerts in Warsaw and Krakow special and before that happens we are happy to present the interview with Michael Gira.

Please tell me what do you think about the song I sent you, an improvisation based on “Children of God” by Polish band kIRk.

That song sounds good. It sounds like a memory, like something from a lost time, something seen through a gauze of fog. It reminds me in a non specific way of David Lynch's music for the film “Eraserhead”.

I enjoy their version because it shows that even a song 25 years old can breathe a new life. Many of your songs have been also endlessly evolving recently. Some, like “Jim”, have been your solo songs, then became Swans songs, then again you were performing them solo. Others, like “No Words / No Thoughts”, have grown into gargantuan size after being released. Is this process rather about searching for the definitive version of a song, or do you treat songs as ideas in constant flux which are never really finished?

It is definitely the latter. Some time ago I decided that I won’t treat anything as finished, ultimate, that I will keep things open and evolving. It makes them more interesting. Right now half of our set, which is two, sometimes even three hours long, is comprised of new, unreleased material. The rest are songs from The Seer, but they are also quite different from what they used to be.

Last summer you were performing only one old song, “The Coward”. Do you have any methodology in choosing these old songs to include in the current set?

We really use just rhythm and sound. It's sort of like a blues song, and I just felt comfortable performing that. It's a material to take and change into something else, to make something happen, it doesn't sound very much like the recorded versions from the past.

Many of the songs on the The Seer were also performed and evolving before the album was released. How do you identify this right moment to record then?

Well, at that time it was a point to catch a good performance by the band playing this material which we had been playing live. But that was really just the beginning, so after that we had this material to look at and figure out how to arrange it in a different way maybe. We'd recorded it as a band and then I added other instruments, cut out some things, added an introduction somewhere, and so on. It's just a material to use too, almost the same way as performing live, except that in studio I’m more analytical about how to build things. It doesn’t happen in a moment, it takes time. Usually when I come to studio I have a plan, but it never comes out that way, cause once I hear a new sound it always inspires other sounds, and things just keep changing. It's like wrestling with something, and finally when you have exhausted all the other possibilities, that's when that record is finished, and then you move on to something else.

I think that even most of the people who listened to My Father… and came to your first shows in 2010 didn’t expect the development of this incarnation of Swans to be so fast and impressive. The amount and quality of the music you created in last three years is staggering. Are you also surprised with how fast and impressively this band is moving?

Well, I’m not sure if this development is impressive because I’m inside of it, but it’s always important for me to work and be in uncomfortable place. I’m always trying to find something that’s unfamiliar and challenging. The material we use in the set is the same every night, but the material itself changes every night. It’s constantly developing. In fact some of the songs from The Seer that we‘re playing live have developed new sections just by playing live, improvising I guess. We’re going to take some of those new sections, and make them their own new songs for the next record. So it's kind of organic how things develop. It's just intuition and a sense of urgency, like when a tiger is charging towards you and you have a machete, you better use the machete.

I’ve been repetitively puzzled by your role as a frontman. Sometimes you seem like a conductor, but sometimes I think you are pushing others in order to push yourself further. Can you explain how this dynamics work?

Well, it's my job to be a band leader, that's who I am. Howlin' Wolf was a great band leader, James Brown was a great band leader, Nina Simone was a great band leader. It's about having respect for your musicians, but it's also trying to push them and push the music as far as it can go. When that's happening I am also electrified. It's quite an effort, you know, I can be what some would call 'a complete asshole' screaming at the band on stage, but it's really all for the service to try to make the thing reach the highest point.

The Seer, concerts in last three years, Soundtracks for the Blind in the past – all these works are huge, long, need not only attention from the listener, but sometimes also patience and strength, especially in the era of ever-shortened attention spans and “maximum 60 minutes long” festival gigs. Do you want to challenge listeners with the scope of music which is against current trends?

Well, usually I try to travel where the music leads. I'm not really thinking about the audience in terms of challenging them, it’s kind of a tired avant-garde concept. It's their business what they make with the music. I'm happy to see that people receive it, and it feels that it's giving them a hopefully meaningful experience. I don't set out to teach or even to communicate, it's more about to make thing that is bigger than all of us, and I just follow where that leads.

One of my strongest concert experiences of last few years were Swans, Glenn Branca Ensemble, Boredoms – all bands using multiple guitars to create an avalanche of sound. I was wondering if you are using in current Swans experiences and lessons learned back in the days from Branca’s music?

The only lesson I might have learned from Glenn would be to never compromise. Some of the concerts of him that I saw in 80's were very powerful experiences, and he was an inspiration but not sonically. Firstly, I'm not capable learning something sonically from him because I’m not classically trained musician, secondly I don't even want to sound like him. But seeing someone who really wants to go for the ultimate, for the big experience, really go for the kind of spiritual explosion in your head, was important. Caspar Brötzmann also has similar kind of searching, he’s fantastic.

There's something inherited in electric guitars, it's very much like strings in orchestra I guess, that when they are amplified to a high lever and the overtones sustain, it really creates a big sound. When it reaches the point when the rhythm is right and the performance is right, it's really like being in a cathedral and listening to let’s say Wagner – very elevating and very joyous. So that's sort of what we go for.

Swans’ music has a meditative, trance inducing power, maybe even ritualistic quality. Are you interested in any native cultures, native music?

No, I'm kind of lazy that way, I don't really study other people's music. However, the music that I gravitate towards – I haven't listen to it in years, but it was one the most pivotal music experiences of my life – was first hearing of the Tibetan ritual music, back when it was really obscure, before Tibet became so trendy or something. That was in the early 70's, I think. To me, it reaches a very deep place in the psyche, and that kind of power is really inspirational to me.

Most of the support acts at Swans tours in last few years are guitarist playing solo – Richard Bishop, James Blackshaw, and now Jamie Stewart of Xiu Xiu. What's the appeal of these musicians for you?

Well, it's great music, but also I admire people that can make an atmosphere or make something happen with very minimal means. I very much admire both Richard and James for their skill as players, and also I think they're very affecting and very true, it's quite beautiful. The other reason for having them play before Swans is very functional – I don't want loud rock music before we play because I think that people's ears would be already stressed, and I want us to have a stage when it's time for us to play. I just like and support those musicians.

In Poland it will be Jamie Stewart who will play with us solo. He's fantastic, I like him solo better than with the band. He reminds me this strange way of Nico of The Marble Index era. Jamie’s music has this kind of European art-song quality. It's really psychologically disturbing too, which I think is good.

[Piotr Lewandowski]