polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Made to Break / Fire Room  Provoke / Second Breath

Made to Break / Fire Room
Provoke / Second Breath

Od czasu wypalenia się Vandermark 5, najciekawsze rzeczy stworzone przez Kena Vandermarka związane są z flirtem z estetyką niejazzową, w szczególności mam na myśli wybuchowy kwartet Lean Left i różnorakie próby połączenia improwizacji jazzowym instrumentarium z muzyką elektroniczną. Najciekawszą z tych prób pozostaje dla mnie iTi, z Thomasem Lehnem na EMS Synthi A, Johannesem Bauerem na puzonie i Paalem Nilssen-Love na bębnach. Jedną z pierwszych był natomiast Powerhouse Sound w wersji norweskiej, którego swoistą kontynuacją jest kwartet Made to Break. Przypomnijmy – Powerhouse Sound w wersji norweskiej grał zdeformowany, ciężki funk przemielony na dodatek elektronicznie przez Lasse Marhauga, a w wersji chicagowskiej stawiał bardziej na koncertową ekspresję wzmaganą przez gitarę Jeffa Parkera i perkusję Johna Herndona z Tortoise. Ta druga opcja okazała się bardziej płodna, wydając drugą płytę, ale w Made to Break Vandermark wraca do doświadczeń tej pierwszej, połączonej z kompozycyjnymi eksperymentami formacji Frame Quartet. Choć wydane przez Clean Feed na CD Provoke (równocześnie w tej samej wytwórnia na LP ukazała się druga płyta kwartetu, zatytułowana Lacerba, której jednak nie znam) rozpoczyna się solidnym duetem Vandermarka z perkusistą Timem Daisym, to później dźwiękobraz staje się elektryczny. Wiele figur basowych Devina Hoffa przywodzi na myśl te, które w Powerhouse grał Nate McBride, choć dużo więcej tutaj wyciszeń, abstrakcji, czy nawet liryzmu. Trzy długie kompozycje wykorzystują improwizacje strukturą, które Vandermark nazywa modułowymi i jeśli mnie pamięć nie myli, wymyślił na potrzeby projektu Resonance. Tworzy to wrażenie quasi-piosenek, czy właściwie szkieletów piosenek wrzuconych w niepiosenkową przestrzeń. Pewien niedosyt pozostawia trochę wycofana postawa Christoffa Kurzmanna obsługującego elektronikę, głównie koloryzującego grę tzw. żywych muzyków lub podkreślającego kulminacje. Pozytywem zaś jest wrażenie przetwarzania przez niego niektórych instrumentów, choć w tym można pójść dalej, co pokazał Sam Pluta na genialnej płycie Ghosts kwintetu Petera Evansa.

Lasse Marhaug w Fire Room poczyna sobie dużo śmielej. Pierwsza płyta tego tria z Vandermarkiem i Paalem N-L na perkusji wyszła kilka lat temu, jeszcze za czasów aktywności czy wręcz świetności Atavistic. Druga, wydana latem przez Bociana, jest zapisem koncertu w londyńskim Vortexie w 2011 roku. Trio ma potencjał generowania eksplozji porównywalnych z Lean Left, niestety bootlegowa jakość nagrania Second Breath pozostawia to w sferze domysłów. Ciekawe jest, że Vandermark skonfrontowany z bardziej noise’ową elektroniką gra bardziej free jazzowo, zresztą Fire Room to raczej improv oparte o przelot niż strukturalne eksperymenty. Nawet nie znając wcześniejszej płyty, na podstawie Second Breath można się domyślić idei zespołu, jednak stłumione, pozbawione elementu pierdolnięcia brzmienie sprawia, że dostrzega się nie tyle jej realizację, co cień (i to w dość słabo oświetlonej jaskini). Pozostaje niedosyt.

Per saldo, poszukiwania języka jazzowo-elektronicznej, raz wolnej a raz ustrukturyzowanej improwizacji są obiecujące, choć język ten ciągle jest pochodną tych wcześniejszych, a iTi pozostaje najciekawszą realizacją tej formuły.

[Piotr Lewandowski]

recenzje Made To Break, Vandermark 5 w popupmusic