polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Shellac Steve Albini - wywiad

Shellac
Steve Albini - wywiad

Click here for the English version of this article

W przyszłym roku najprawdopodobniej ukaże się nowy album Shellac, Dude Incredible, na pewno jednak jesienią nie będzie festiwali ATP nad angielskim morzem, które były pretekstem dla wielu wizyt Shellac w Europie w ostatnich latach. Rozmawiając ze Steve’m Albinim ostatniego dnia ATP End of an Era Part 2 w jego domku (tzw. domku pokerowym), trudno było mi od „końca epoki” abstrahować. Z drugiej strony, muzyka i sposób działania Shellac pokazują, że mówienie o epokach, końcach i modach w odniesieniu do muzyki bywa jałowe i abstrahuje od faktu, że pewne postawy okazują się odporne na upływ czasu. Panie i Panowie, przed Wami Steve Albini.

Napisałeś kilka zdań uzupełniających słowo wstępu Barry’ego Hogana do ostatniego klasycznego festiwalu ATP. Przypisałeś ATP „zmianę oblicza festiwali”. Czy Twoim zdaniem rynek festiwalowy zmienił się na lepsze w ciągu ostatniej dekady?

Tak, z całą pewnością się zmienił, ale wciąż mamy do czynienia z dwoma rodzajami festiwali. Z jednej strony są konwencjonalne festiwale muzyczne, które starają się przyciągnąć publiczność głównego nurtu albo fanów muzyki pop. Tak działa wiele dotowanych festiwali (także tych dotowanych ze środków publicznych), tak samo jak wszystkie duże festiwale w stylu Glastonbury. Z drugiej strony są też mniejsze festiwale, jak np. ATP, Primavera Sound i parę innych, których program jest bezpośrednio tworzony przez ludzi będących częścią muzycznego środowiska. Takie festiwale są moim zdaniem fajne, lubię na nich występować, to miłe doświadczenie zarówno dla zespołów, jak i publiczności. Natomiast korporacyjne, dotowane, standardowe festiwale muzyki pop to straszna nuda.
 

Shellac nadal jednak nie grywa na innych festiwalach niż ATP i Primavera. Czy w świetle tego, że nie będzie już klasycznych ATP, może się to zmienić?

Każdą sytuację trzeba traktować indywidualnie. Na pewno pojawią się takie propozycje, z których nie będziemy chcieli skorzystać, bez względu na wysokość oferty czy tożsamość organizatorów – z powodu korporacyjnego charakteru tych imprez albo innych czynników, to mogą być różne rzeczy. Mam nadzieję, że trafią się nam też ciekawsze festiwale, takie jak ATP – za każdym razem, kiedy graliśmy na jakiejś edycji ATP, czuliśmy się świetnie.

Jak oceniasz ewolucję Primavery? Sam jeżdżę na ten festiwal od 2007 roku, ale stopniowo stał się dla mnie zbyt duży i zbyt komercyjny. Przeniesienie sceny ATP w tym roku było dla mnie ostatnim gwoździem do trumny.

Ogólnie rzecz biorąc, im większe staje się jakieś przedsięwzięcie, tym trudniej utrzymać mu naprawdę wysoką jakość. Primavera Sound nie jest tu wyjątkiem. W miarę jak festiwal się rozwija, coraz trudniej jest dopilnować, żeby wszystko działo się tak, jak należy. Zgadzam się, że przeniesienie sceny ATP spowodowało, że festiwal był mniej fajny, mniej ciekawy i mniej udany. Ale są pewne ograniczenia związane z przestrzenią, w której to się odbywa; służby przeciwpożarowe i porządkowe nakazały organizatorom przeniesienie sceny ATP, żeby uniknąć gromadzenia się bardzo licznej grupy osób na bardzo małej przestrzeni, na której wcześniej była ta scena. W tym roku lokalizacja tej sceny okazała się niezbyt trafiona, ale organizatorzy szukają na przyszły rok nowego miejsca. Zobaczymy. Ludzie, którzy za tym stoją, działają w dobrej wierze i mają na względzie wrażenia wszystkich uczestników festiwalu; mnie to wystarczy. Być może ta impreza nigdy nie będzie aż tak niesamowita, jak na samym początku, ale nie uważam też, żeby mogła kiedykolwiek stać się beznadziejna.
 

Porozmawiajmy o nowym albumie Shellac. W ciągu kilku ostatnich lat graliście na żywo jakieś pięć nowych kawałków, ale na albumie chyba ma ich być dziewięć, a tu na ATP zagraliście jeszcze dodatkowe dwa, których wcześniej nie słyszałem. Jak nowe są tak naprawdę te utwory?

Tak naprawdę nie są nowe, po prostu nie zostały wcześniej wydane na albumie. Mamy dużo piosenek. Nagraliśmy już sporo albumów – pięć albo sześć, musiałbym się zastanowić i je przeliczyć. Mamy dużo muzyki, więc to, co będziemy grali w danym momencie, zależy od tego, w jakim jesteśmy nastroju. Zwykle lubimy grać mieszankę nowych i starych kawałków. Staramy się cały czas włączać do naszych setów nowe rzeczy. Nawet w ciągu ostatnich czterech czy pięciu lat staraliśmy się stopniowo wzbogacać koncerty o nowe utwory, więc jeśli widziałeś nas rok temu, pewnie graliśmy podobne rzeczy co w piątek. Kiedy zastanawiamy się nad tym, co zagrać na koncercie, nie przykładamy zbyt wielkiej wagi do tego, czy dany utwór znajduje się na albumie, czy nie.

Wasz nowy album ukaże się nakładem Touch and Go, która to wytwórnia przez ostatnich kilka lat zdawała się być trochę nieobecna. Czy ma to wpływ na wysiłek, jaki sami będziecie musieli włożyć w wyprodukowanie tej płyty i tak dalej?

Tak naprawdę Touch and Go cały czas funkcjonują, po prostu nie wydają zbyt wiele nowych rzeczy. Wytwórnia wciąż istnieje i działa na bieżąco, głównie wydaje reedycje nagrań ze swojego katalogu. Zawsze chcieliśmy wydać płytę w tym wydawnictwie, a Touch and Go zgodzili się współpracować z nami przy większej liczbie nagrań. To teraz o wiele mniejsza wytwórnia, zamiast 30-40 pracowników pracują tam dwie osoby. Dla nas to idealny układ – jeśli masz jakieś pytania, możesz zapytać bezpośrednio właściciela wytwórni, a on ci na nie odpowie. Jeśli współpracujesz z małą wytwórnią i ludźmi, których znasz od lat i którym ufasz, życie staje się o wiele prostsze.

W ciągu ostatnich paru lat byłem na kilku koncertach Shellac i odnoszę wrażenie, że coraz częściej gracie utwory, które pozwalają Ci improwizować w warstwie tekstowej; trochę przypomina mi to spoken word. Czy taki kierunek cię interesuje? Więcej możliwości improwizacji z tekstem?

Zauważyłeś pewnie, że są piosenki, w których tekst jest dość sztywny, a są też takie, w których bywa on przypadkowy. Śpiewam to, na co akurat mam ochotę. Nie sądzę, żeby trzeba było bardzo szczegółowo określać, w jaki sposób ma działać dany zespół, moim zdaniem to może się zmieniać z utworu na utwór albo z dnia na dzień. Czasem kiedy pracujemy nad jakimś nowym kawałkiem od razu wiadomo, że będzie w większym stopniu opierał się na improwizacji, ale są też utwory bardziej sztywne, bardziej standardowe. W ciągu ostatnich kilku lat nagraliśmy prawdopodobnie około 25% bardziej ekspresyjnych, eksperymentalnych albo improwizujących kawałków, z kolei pozostałe 75% ma bardziej sztywną i uporządkowaną strukturę. Jednak nawet w obrębie tego podziału, jeśli mamy utwór o sztywnej strukturze, często w jakiejś części tej struktury może się wydarzyć wszystko, więc nie jest ona tak do końca sztywna. Moim zdaniem to dobre rozwiązanie. Jako muzyk chcesz być w stanie zagrać to, co w danej chwili zaprząta ci głowę. Jeśli twoje kawałki na to pozwalają, nie musisz się zastanawiać, czy wybrać ten kawałek, czy tamten, tylko możesz zagrać praktycznie każdą piosenkę, bo daje ci ona pole do eksperymentów, improwizacji albo wydłużenia niektórych struktur.

(Do domku wchodzi Britt Walford ze Slint, Steve komentuje koncert Slint)

Twoja perkusja była niesamowita, Britt. Serio. Od razu słychać, że chcieliście zabrzmieć identycznie jak na płycie, to brzmiało naprawdę świetnie.

[Britt Walford] Dzięki.

[Brian McMahan ze Slint też wchodzi do domku]

Podobały mi się też Wasze starsze rzeczy, i zero kompromisów w kwestii brzmienia gitary – to dziwne brzmienie z Tweez, może i jest trochę staromodne, ale totalnie mi się podobały te kawałki na żywo. Brzmienie było dokładnie tak samo jak wtedy, kiedy to nagrywaliście. To było naprawdę dobre.

[Brian McMahan] Cieszę się, dzięki. Twój koncert też był super.

To zawsze trochę dziwne: jesteśmy w trasie od jakiegoś tygodnia i każdego wieczoru mogliśmy grać tak długo, jak chcieliśmy, więc graliśmy półtoragodzinne sety tylko dlatego, że mieliśmy taką możliwość. A nagle musieliśmy zmieścić się w konkretnym okienku czasowym, na zasadzie: „Cholera! No dobra, będziemy profesjonalistami, zagramy piosenkę za piosenką za piosenką”. Oczywiście nie lubię grać takich koncertów, lubię mieć całkowitą wolność w tym zakresie. No więc w jednym kawałku zapomniałem włączyć wzmacniacza i grałem bez prądu, raz zapomniałem się przestroić – zawsze, kiedy staramy się wypaść profesjonalnie, robi się z tego bałagan. Ale było fajnie, naprawdę fajnie.

(po chwili Britt i Brian wychodzą)

Często ze sobą gracie, kiedy nie jesteście w trasie?

Nie za bardzo. W ciągu roku spotykamy się jakieś 6-8 razy.

Dużo grasz na gitarze?

Kiedy nie gram z Shellac?

Tak. Czy to dla ciebie codzienne zajęcie?

Nie, czasem tylko sobie zagram. Można stwierdzić, że 95% mojej gry na gitarze to próby albo koncerty z Shellac. Praktycznie nie gram na gitarze, o ile nie pracuję nad jakimiś kawałkami Shellac. Może czasem, kiedy coś muzycznego chodzi mi po głowie i staram się to rozgryźć, mógłbym trochę pobawić się z gitarą, ale nie dzieje się to codziennie.

Myślałeś kiedyś o tym, żeby nagrać solowy gitarowy album? Pytam, bo ostatnimi czasy na koncertach Shellac bardzo podobają mi się te wszystkie fragmenty nieoparte na sekwencjach akordów, które właściwie są gitarowym noise’em. Myślałeś kiedyś o tym, żeby nagrać coś takiego?

Nie, moim zdaniem to działa w kontekście grania w zespole, ale niekoniecznie działałoby w oderwaniu. Nie sądzę, żebym mógł czerpać z tego satysfakcję.

Masz jakichś ulubionych gitarzystów, którzy z dobrym skutkiem grają także solo?

Kiedy zaczynałem grać na gitarze, było kilku różnych artystów, którzy byli dla mnie inspiracją, na przykład Andy Gill, Keith Levene, oni mieli swój własny, wyjątkowy styl. Po tym, kiedy sam zacząłem dużo grać w różnych zespołach, zacząłem doceniać starsze pokolenie gitarzystów, których naprawdę podziwiam, na przykład Berta Janscha, Johna Fahey; moim zdaniem także Billy Gibbons z ZZ Top jest świetnym gitarzystą. Ich gitary mają bardzo charakterystyczne brzmienie, a oni też grają w bardzo rozpoznawalnym stylu. Kiedy słyszysz Billy’ego Gibbonsa, Berta Janscha czy Johna Fahey, niemal od razu rozpoznajesz, że to oni; mają swój własny osobisty język. To jest coś, co w nich podziwiam, ale nie sądzę, żebym ja sam był na tym samym poziomie co oni. Po prostu potrafię grać pewne konkretne rzeczy, które sprawiają mi przyjemność, i to mi wystarcza. Gdybym próbował wyciągnąć coś więcej z gry na gitarze, prawdopodobnie nic by mi z tego nie wyszło, więc wolę robić to, co umiem, co wiem, że mogę wykonać. Dlatego nie angażuję się w bardziej eksperymentalne granie, nie próbuję grać solo, nawet w formie tradycyjnego solowego gitarowego albumu, w którym gitara miałaby grać główną rolę. Nie czuję się w tym pewnie.

Przez całe dziesięciolecia gitara była pierwszym instrumentem, po jaki sięgali młodzi ludzie, którzy chcieli zacząć tworzyć muzykę, ale teraz mamy chyba do czynienia z trochę inną sytuacją. Wiele osób zaczyna od laptopa, który ma teraz praktycznie każdy i na którym można samodzielnie produkować muzykę. Czy Twoim zdaniem gitara może stać się drugorzędnym instrumentem w muzyce popularnej, a młodzi muzycy będą rzadziej szukać prawdziwie oryginalnego języka? Z grą na gitarze jest trochę tak, jak z angielskim – łatwo się tego nauczyć, ale trudno opanować naprawdę dobrze.

Rozumiem, o co ci chodzi, ale teza, że gitara może nie jest już najważniejszym instrumentem w muzyce rockowej, pojawiała się też w latach 60., kiedy upowszechniły się syntezatory, a potem znowu w latach 80., kiedy zaczęły się pokazywać sekwencery i samplery. Można mówić o takim małym renesansie gitary w latach 90., ale wtedy także na pierwszy plan wyszły gramofony, scratchowanie i hip hop. Czyli koniec gitary wieszczy się praktycznie od pół wieku. Nie uważam, żeby to był rzeczywisty ogląd sytuacji – ani 50 lat temu, ani teraz. Gitara to bardzo prosty instrument do ogarnięcia, dzięki czemu to naturalny wybór dla ludzi, którzy chcą eksperymentować – bardzo łatwo z niej uzyskać od razu jakieś brzmienie. Myślę, że właśnie dlatego jest tak popularnym instrumentem.

Czy masz jakiś swój ulubiony album – chodzi mi o Twoje własne nagrania – którego zdarza Ci się słuchać dla rozrywki albo z sentymentu?

Raczej nie. Nie słucham zbyt często własnej muzyki. Zdarza mi się to wtedy, kiedy staram się sobie przypomnieć jak mam coś zagrać i przypominam sobie słuchając. Oprócz tego nie słucham własnej muzyki. Na przykład ostatnio zajmowaliśmy się postprodukcją naszego nowego albumu. Mieliśmy wersję sprzed masteringu z sekwencjonowaniem, wersję master po ostatecznym masteringu, a potem próbne tłoczenie płyty. Musiałem przesłuchać ten album masę razy, teraz go skończyliśmy i być może minie kilka lat, zanim znowu go posłucham.
 

Czy są jakieś albumy, które chciałbyś nagrać jeszcze raz, bo masz poczucie, że teraz zrobiłbyś to lepiej?

Nie, nie myślę o muzyce w taki sposób, nie jestem nostalgiczną osobą. Jak coś jest zrobione, to jest zrobione. Nie pielęgnuję w sobie żadnych obiekcji ani nie wyobrażam sobie innego wszechświata. Jestem zadowolony ze świata, w którym żyję.

Jakiś czas temu zremasterowałeś cały katalog Big Black. Czy planowane są jakieś specjalne wydania tych reedycji?

Wszystkie nagrania Big Black zostały zremasterowane rok albo półtora roku temu, ale to nie było działanie promocyjne, nie będzie żadnych specjalnych wydań tych płyt. Gdybyś teraz wszedł do sklepu i kupił którąś z nich, pewnie byłaby to nowa, zremasterowana wersja. Chcieliśmy po prostu poprawić jakość transferu dźwięku. Poza tym konieczność remasteringu wynikała z tego, że nie ma już oryginalnych części do tłoczenia płyt sprzed 30 lat. Więc żeby wytłoczyć więcej płyt musieliśmy zrobić remastering, a ponieważ musieliśmy zrobić remastering, staraliśmy się go zrobić w taki sposób, żeby dźwięk na tym zyskał. To wszystko.

W ciągu ostatnich kilku lat powróciła moda na winyle. Pojawiło się bardzo dużo reedycji, wydań deluxe, kolorowych płyt i tak dalej. Z jednej strony dostępność muzyki na winylu wzrosła, ale z drugiej, w niektórych wydaniach chodzi bardziej o stworzenie modnego gadżetu niż o dobrze brzmiącą muzykę. A co Ty sądzisz o renesansie winylowych płyt?

Moim zdaniem to bardzo pozytywne zjawisko, bo płyty winylowe są bardzo fajnym sposobem słuchania muzyki, który teraz otrzymuje dużo wsparcia, nie tylko od społeczności audiofilskich, ale też ze strony wytwórni i sklepów płytowych. Nie wiem, czy to będzie trwała zmiana, ale mam poczucie, że są dwa rodzaje słuchaczy muzyki. Są poważni fani, którym zależy na bardzo dobrej jakości dźwięku. Dla nich winyl to świetne rozwiązanie. Są też ludzie, którzy słuchają muzyki w bardziej rozrywkowy sposób i nie zależy im aż tak bardzo na jakości dźwięku. Chcą tylko słuchać piosenek i najwygodniejszy dla nich jest streaming albo mp3. Lubią te formaty, bo pozwalają im słuchać muzyki w taki sposób, w jaki chcą. Nie muszą w tym celu zmieniać swojego życia – a na przykład jeśli ktoś nie ma gramofonu, sprawienie sobie systemu Hi-Fi z gramofonem, wzmacniaczem, przedwzmacniaczem i głośnikami to nie lada inwestycja. To dobrze, że ludzie nie muszą teraz ponosić takich wydatków. Mogą po prostu słuchać sobie muzyki na telefonie, iPodzie, laptopie – co zupełnie im wystarcza w odbiorze muzyki, bo nie interesują ich audiofilskie doznania dźwiękowe, muzyka nie jest dla nich aż tak ważna. To dobrze, że są różne sposoby doceniania muzyki, a wszystkie są w jakiś sposób są konstruktywne. Jak dla mnie to fajne.

Czy Twoim zdaniem, skoro słuchanie muzyki z winyli jest teraz modne, niektórzy ludzie mogliby dzięki temu przejść z tej mniej zaangażowanej grupy do grupy poważnych słuchaczy? Czy to raczej naiwny pogląd?

Moim zdaniem najpierw określasz, co muzyka dla ciebie znaczy, a potem wybierasz swój preferowany format. Nie sądzę, że tylko dlatego, że mamy akurat modę na winyle, ktoś od razu stanie się prawdziwym fanem muzyki. Moim zdaniem ludzie po prostu określają, czy chcą, żeby muzyka robiła im tło do jazdy samochodem, chcą, żeby coś im grało w słuchawkach, kiedy jadą do pracy, i tak dalej. Po prostu określają sami dla siebie, co dla nich znaczy muzyka i w jaki sposób chcą jej doświadczać. Nie sądzę, żeby więcej osób zaczęło się interesować muzyką w bardziej poważny sposób tylko dlatego, że mamy teraz więcej albumów na winylach. To, że ten format tak dobrze sobie radzi, jest fajne dla ludzi takich jak ja, którzy lubią słuchać muzyki w ten sposób.

W Chicago jest długa tradycja muzyki undergroundowej, ale kiedy myślę o dzisiejszej scenie chicagowskiej (i chyba nie jestem w tym sam), wciąż myślę kategoriami post-rocka, Touch and Go, avant jazzu, zespołów i muzyków takich jak Shellac, Tortoise, Rob Mazurek, Ken Vandermark – ogólnie rzecz biorąc sceny i zespołów, które zaczęły grać 20 czy 15 lat temu. Czy dzieje się teraz coś nowego, co mogłoby się stać nową sceną chicagowską?

Tak, jasne. Zawsze dzieją się różne małe rzeczy. Kilka lat temu zaczęła się moda na organizowanie koncertów w domach, bardzo wiele imprez organizowano w domach, loftach albo różnych industrialnych przestrzeniach. Ten trend trwał przez parę lat, a potem znikł, więc teraz ta scena nie jest już bardzo widoczna. Ale w Chicago fajne jest to, że mamy długą i nieprzerwaną tradycję muzyki eksperymentalnej i undergroundowej. W latach 50. to był eksperymentalny jazz, w latach 60. Chicago miało swoją własną scenę muzyki psychodelicznej, w latach 70. mieliśmy scenę hard rocka, a potem były lata 80. i 90. – zawsze dużo się działo i w undergroundzie, i w tej lepiej widocznej części sceny muzycznej. Moim zdaniem underground i ta bardziej oficjalna scena zawsze będą istnieć równolegle – a chicagowski underground zawsze będzie aktywny.

 


 

English version

Next year probably will most likely bring the new Shellac album, Dude Incredible, but certainly it will not bring another ATP festival in any of the UK holiday camps. ATPs triggered several Shellac concerts and tours in Europe in the recent year. Talking to Steve Albini on the last day of ATP End of an Era Part 2 in his chalet (the so called poker chalet), it was difficult from ignore the "end of an era". On the other hand, Shellac’s music, performances and approach show that talking about “era”, “end” and “fashion” in the context of music is often silly, as it ignores the fact that certain attitudes appear to be resistant to the passage of time. Ladies and Gentlemen, Steve Albini.

You wrote a couple of sentences to accompany Barry Hogan’s introduction to the last ATP holiday camp festival. You credit them with “changing the festival game”. Do you think that the festival market has changed for the better over the last ten years?

Yes, it has definitely changed, but there is still a sort of two kinds of festivals. There are conventional music festivals which are trying to appeal to a mainstream audience or pop audience. A lot of subsidized festivals (also governmentally subsidized festivals) are like that, and all of the big, Glastonbury-like festivals are all like that. Then there are smaller festivals, like ATP and Primavera Sound and a few other festivals that are very directly curated by someone who is part of the musical community. Those festivals I think are cool and are fun to play at and it's a good experience for both bands and patrons. But the corporate subsidized normal pop music festivals are still a real drag.

But you are still rather reluctant to play festivals other than ATP and Primavera. Do you think you could be more open to performing at other festivals, especially if there are no classic ATPs anymore?

We have to take each opportunity as an individual thing. There are going to be some we see not worth playing no matter what the offer is, no matter who's running it, because of corporate involvement or something else, that could be a lot of things. Hopefully there are some like ATP – every time we play at ATP event we're enjoying ourselves – where it's going to be reliably an interesting festival.

What do you think about the evolution of Primavera? I’ve been going there since 2007 and it has gradually become too big and too corporate for me. The relocation of the ATP stage this year was the final nail in the coffin for me.

Basically the bigger something gets, the more difficult it is to be really high quality. Primavera Sound is no different. When they get bigger then it becomes harder for everything to be done well. I agree with you that moving the ATP stage made it a less fun, less interesting, less cool event. But they have limitations on the physical space they're working in, and they were told by the fire and the emergency people that they couldn't have so many people going into a little area where ATP stage was, so they have to move the ATP stage. This year it wasn't that successful on the new location, they're finding another location for it for the next year. We'll see. The people who are doing it, they're doing it with good consciousness and they're doing it with the experience of everybody in mind so I feel that's enough. It may not ever be quite as awesome as it was when it first happened, but also I don't think it would ever be terrible.

Let’s talk about Shellac’s new album. For a couple of years you’ve been playing about five new songs live, but I think the album is supposed to have nine, and here at the ATP you played an extra two I haven’t heard before. How new are these songs actually?

They're not really new, they just haven't been released on an album. It's just we have a lot of songs. We've done a lot of albums by now – five or six records, I would have to stop and count. That's a lot of music, so when we're deciding what to play at the moment, it depends on what mood we're in. Normally we're interested in playing a mix of new material and the old material. We're trying to incorporate new songs all the time. Even for the last four or five years we have been gradually incorporating new songs, so if you saw us a year ago, it would be very similar set to Friday night. To us whether the song is on the album or not, is not really super important when we're deciding what we're gonna play.

The new album will be released by Touch and Go which seem to be on a kind of hiatus in the last couple of years. Does it affect the effort that you yourselves have to put into the manufacturing the record, and stuff like that?

Well, Touch and Go are not really on hiatus right now, they're just not doing a lot of new releases. The label still exists and is doing stuff every day, mostly catalogue related, reissues of all the records. We always wanted to do our records with Touch and Go and they agreed to do more records with us. It's a much smaller label now, instead of being 30-40 people, they're now two people. For us it's kind of perfect, if you have a question you can ask the owner of the company and he'll give you answer. It makes life easier to have a small record company with people that we know for a long time and we trust.

My impression from Shellac shows in the last couple of years is that you have recently been playing more songs that give you space for improvisation with lyrics, in a sort of spoken word manner. Is it something you're interested in? Having more opportunities for improvising with text?

You have noticed that there are some songs that the text is kind of fixed and there are some songs where the text is kind of occasional. Like whatever I feel like singing, I sing. I don't think it's important to make a very specific definition of how does the band operate, I think you can change it from song to song, or day to day. Sometimes, when we're working on a new song it's obvious that it's going to be more improvisational, and sometimes it's going to be more fixed, more standard. In the last few years we've probably done about 25% of more expressive, more experimental, or more improvisational stuff and the next 75% of songs that are more fixed and structured. Even within that, if it's a fixed structure often there is a part of this structure where anything can happen and it's not completely fixed. I think that's a nice balance. As a musician you want to be able to play what's on your mind at the moment. Having songs which allow that means that you don't have to choose this song or that song, you can play basically any song and somewhere in there you have room to experiment or improvise or stretch out.

(Britt Walford of Slint enters the chalet and Steve comments on the Slint concert)

Britt, your drums sounded incredible tonight. Absolutely, it's obviously like an intentional thing to sort of have it sound totally like the record, it sounded really great.

[Britt Walford] Cool, thanks.

[Brian McMahan of Slint enters the chalet too]

And also I really liked when you played the older stuff, there was no concession in terms of guitar sound – that weird guitar sound on Tweez, it's kind of dated, but I totally liked when you played and it still sounded exactly the same like then when you were recording it, that was pretty good.

[Brian McMahan] That's cool, thanks. I think your show was great.

It's always weird, we've been on tour for a week and every night we could play as long as we want, so we ended playing an hour and a half, just because we can. Then we suddenly have to play a fixed amount of time and we’re like “fuck! alright, let's be a real pro about this, let's just go: song, song, song”. Of course I don't like doing it that way, I like being totally free. So I forgot turning my amp on for one song, I was unplugged, I forgot to retune once - whenever we're trying to be professional it's always disorder. But it was fun, it was fun.

(Britt and Brian leave after a small talk unrelated to music)

How often do you guys play with each other when you're not on tour?

Not a lot. In a year we might get together like six or eight times.

How much do you play guitar?

When I'm not playing in Shellac?

Yes. Is it something that you do on a daily basis?

No, like once in a while I play around. Let's say 95% of the guitar playing that I do is rehearsing or on stage with Shellac. I basically don't play guitar except when I have some Shellac stuff to work on. There might be some musical stuff in my mind and I'm trying to figure it out, then I'll play around with the guitar a little bit, but not every day.

Have you ever thought about doing a solo guitar album? Because what I have recently enjoyed at Shellac shows are all of these sections which are not based on chord progressions, that are basically guitar noise. Have you ever thought about recording stuff like that?

No, I feel that that stuff works fine in the context of being in the band, but not necessarily by itself. I don't think that would be much satisfying.

Do you have any favourite guitar players who also can play solo and that works?

When I was first starting to play guitar, there were a couple of different guitar players that were inspirational to me, like Andy Gill, Keith Levene, their guitar playing was unique to them. After I began playing in the bands myself a lot, I started to recognize older guitar players that I really admire, for example Bert Jansch, John Fahey, and I also think that Billy Gibbons from ZZ Top is an amazing guitar player. A lot of guys that have a very distinctive tone of their guitar and also play in a very identifiable style. When you hear Billy Gibbons, Bert Jansch, or John Fahey play, you can tell it's them very quickly, they have their own personal vocabulary. That's one of the things I admire about them, but I don't feel I'm at that level of competence. I feel like I can do certain things to make myself happy and that's enough. If I try to do more with the guitar I probably will not be successful and I prefer to just do things that I'm capable of, that I know I can execute. So I don't try to do more experimental stuff, I don't try to play solo stuff, even like a conventional guitar solo album, where the guitar is supposed to be the lead instrument. I don't feel confident in that.

For decades guitar has been the first-choice instrument for kids who decided to start making music, but now it might be a bit different – many people start with a laptop which everyone has these days, and you can produce music alone on it. Do you think that guitar might become a second-grade instrument for popular music or that new musicians might be less likely to create a really unique vocabulary – cause the guitar is bit like the English language, easy to learn but hard to master?

I understand this proposition that maybe the guitar is not the principal instrument in rock music anymore but it was also made when the synthesizer came in in the 1960's, and then the same argument was made in the 1980's when sequencers and samplers started showing up. In the 90's there was a little bit of revival for guitar but that was also when turntables and scratching and hip hop became more prominent. So for 50 years people have been saying that the guitar is finished. I don't think it's true, I don't think it was true 50 years ago and I don't think it's true now. Guitar is a very easy instrument to comprehend so it's a natural instrument for people who want to experiment, because it's very easy to get some kind of sound instantly. I think the reason that it is such a popular instrument is precisely that.

Do you have your – I mean the ones you did – favourite records that you can play for entertainment or just because of sentiment?

Not really. I don't listen to my own music very much. I listen to it when I'm trying to remember how to play something, I remind myself while listening. Besides, I don't listen to my own music. For example, now we've been into process of doing the post-production of our new album. There was a premaster version with a sequence, the master version with the final mastering and then the test pressing. I had to listen to this record many times, now it is finished and it might be years before I hear this record again.

Are there any albums that you look back on and say “OK, I would like to do this again, because right now I could do it better”?

No, I don't think about music that way, I mean I'm not a nostalgic person. When something’s done, it's done. I don't harbour any reservations or imagine a different universe. I'm happy with the world the way it is.

A while ago you remastered the Big Black catalogue. Are there any “special edition” reissues planned?

All of the Big Black records have been remastered a year or a year and a half ago, but it wasn't promotional thing, it's not going to be any special edition. If you go to the store and buy one now, it would probably be the new remastered version. The aim was just to improve the sound quality of the transfer. Also, the reason why there is a re-master is that the original parts for making records from thirty years ago are now exhausted. So to press any more records we needed to remaster, and since we needed to remaster, we tried to do it in a way that made an improvement to the sound. That's all.

The last couple of years have seen a revival of vinyl. Lots of reissues, deluxe editions, colour vinyl pressing etc. On the one hand, the availability of the music on vinyl has increased, but on the other some releases are more about selling fancy items than good sounding records. What do you think about the vinyl revival?

I think it's a very good development because the vinyl format is a very nice way to hear music and now it gets a lot of supports, not just within the Hi-Fi community, but also from the record labels and stores. I don't know if it would be a permanent change but it feels to me that there are two kinds of music listeners. There are serious fans of music and they want to have a very good quality of reproduction. For those people vinyl is a very good solution. And there are people who listen to music in kind of casual way which is less about the sound quality. They just want to hear the songs, and for those people the convenient formats like streaming or mp3's, whatever, are very good, because it allows them to hear music in a way they want to hear it. It doesn't require them to change their life for anything, like somebody doesn't have a turntable, and for him to get a Hi-Fi system with a turntable, amplifier, preamp and speakers is quite an investment. It's good that people are now not required to make such investments. They can just listen to the music casually on their phone, iPod or laptop and I think that's a totally fine way to listen to music for those people, because they're not interested in having a Hi-Fi experience as music doesn't mean that much to them. It's good that there are different levels of appreciation of music, all of them are being supportive. I think that's cool.

Do you think that since the vinyl is a hip thing these days, this could make some people switch from the casual group to the more serious listeners? Or is it a naïve belief?

I think people decide what music means to them, and then choose a format based on that. Just because there is an LP it doesn't mean that now somebody is going to listen to it as a serious listener. I think people decide that they just want to have casual music in a car, on the train with earbuds while commuting, or whatever, they decide what music means to them and how they want to experience it. I don't think necessarily that there will be more people interested in music in sort of a serious way because there are more LPs available. It's nice for people like me, who like to listen to music that way, that there is a support for the format.

Chicago has a long tradition of underground music, but when I think about the Chicago scene today (and I think I’m not alone in that), I still think in terms of post rock, Touch and Go, avant jazz, bands like Shellac, Tortoise, Rob Mazurek, Ken Vandermark – basically a scene and bands which started 20 or 15 years ago. Is there anything new developing that you think can become another Chicago scene?

Yeah, sure. There are always little things. A few years ago there was a huge, increasing number of house shows, happening in houses, lofts or warehouse spaces. That sustained itself for few years, and then eventually disappeared so now it's not that much a big scene anymore. But what's cool about Chicago is that it has been this long continuous arch of experimental and underground music. In the 50's there was this experimental jazz stuff, in the 60's Chicago had its own underground scene for psychedelic music, in the 70's there was this some kind of hard rock scene, and then there were 80's and 90’s – there was always an underground as well as the more visible music scene. I think there's always gonna be the visible music scene and the underground in parallel – and the underground is always going to be pretty active in Chicago.

[Piotr Lewandowski]