polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Roll the Dice Until Silence

Roll the Dice
Until Silence

Jako „monumental shift” określa nowy album Roll the Dice prasowa notka wytwórni Leaf. „Monumental fail” byłoby bardziej na miejscu. Until Silence to dla mnie jedno z największych rozczarowań roku. Na dwóch wcześniejszych płytach szwedzki duet konsekwentnie budował język nawiązujący do minimalizmu, ale oparty na różnorodnej elektronice i instrumentach klawiszowych. Język dość zwięzły, ale sugestywny. In Dust było świetną płytą, a koncerty grupy robiły duże wrażenie. Na Until Silence zwięzłość ustąpiła miejsca bombastyczności – dla brzmienia i kompozycji równie istotne są elektroniczne architektury, jak i figury bardziej wyeksponowanego fortepianu i 26-osobowa orkiestra, grająca w irytującej, hollywoodzkiej manierze.

Peder Mannerfelt i Malcolm Pardon zawsze mieli skłonność do dramatyczności, ale była ona niedopowiedziana, mniej narzucająca się słuchaczowi niż u przeciętnego zespołu post-rockowego. Teraz rzuca mu się ona szyję i krzyczy do ucha muzyką, która momentami zdaje się toporną próbą powtórzenia sukcesu elektroniczno-symfonicznego soundtracku Clinta Mansella i Kronos Quartet do „Requiem for a Dream”. Tak jakby w ekranizacji tolkienowskiej trylogii już tego nie zrecyklingowano. Zresztą atmosfera wysokobudżetowej fantasy lub mrocznego thrillera jest na całej płycie obecna w sposób nachalny. Elektroniczne konstrukcje są wtórne, tak jakby w tym obszarze duetowi wyczerpał się zasób pomysłów wystarczających do zbudowania albumu i fakt współpracy z orkiestrą miał wystarczyć. Choć raz po raz pojawiają się zabiegi elektroniczne bardziej agresywne niż w przeszłości, to służą one głównie kontrastowaniu figur fortepianu i smyczków, mających w sobie niestrawne połączenie banału i rozmachu. Narracyjnie, aranżacyjnie i emocjonalnie jest to płyta tragicznie powierzchowna i płytka. Ceniłem Roll the Dice m.in. za wykorzystanie ciszy, teraz sugerowana w tytule cisza cieszy dopiero wtedy, gdy nastaje po zakończeniu płyty.

[Piotr Lewandowski]