polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
decapitated blood mantra

decapitated
blood mantra

Występy w roli supportu Meshuggah najmocniej jak to tylko możliwe uwidoczniły ogromny potencjał polskiego zespołu, wzbudzając spore uznanie zwłaszcza poza granicami naszego kraju. Między innymi dlatego Blood Mantra stała się jedną z najbardziej wyczekiwanych metalowych płyt ostatnich lat.


Najnowszy materiał za sprawą otwierających całość „Exiled in Flesh” oraz „The Blasphemous Psalm to the Dummy God Creation” z miejsca przywołuje na myśl najpotężniejsze momenty, z kilku koncertów, jakie miałem okazję widzieć podczas obu europejskich tras, jakie zespół odbył u boku szwedzkich tytanów. Decapitated wita tak jak najlepiej potrafi. Tsunami bezkompromisowych dramów, tnące gitary, drastyczny wokal, energiczne, dysonansowe przejścia oraz wbijające w ziemię riffy, serwują jedno z najciekawszych wejść jakie tylko można było sobie wyobrazić. Odpowiednio wyważona doza psychodelii zawarta w pobocznych motywach tych utworów jest tym, co najbardziej imponuje, zwłaszcza podczas występów live. Niestety, jak się okazuje, efektowne otwarcie plus finałowy, dziewiąty na płycie „Moth Defect” (jedyna skomplikowana produkcja w zestawie), to tylko trzy pozycje, o których po przesłuchaniu tego albumu będzie można pamiętać i do których będzie chciało się wracać. Decapitated serwuje bowiem w pozostałych sześciu kawałkach medlej stylów przywołujących na myśl fatalne skojarzenia z tym, co już zasłyszane i z powodu wątpliwej jakości zapomniane. Sztampowy, jednostajny, przekombinowany „Veins” oraz początek „Blood Mantra” przypominają gitarową banalność serwowaną we wczesnych dokonaniach Slipknot. Pozbawione psychodelii i przestrzeni, speedmetalowe nawalanki, takie jak na przykład ta w „Instinct” przytaczają prymitywność i przesadną tkliwość ostatnich dzieł Machine Head. Powtarzające się schematy utworów opartych na zbyt wygładzonym brzmieniu i bardzo przewidywalnych miejscach na solówki czy zwroty akcji (np. druga część „Blood Mantra”) wywołuje wspomnienie słabego uderzenia współczesnych wydawnictw Slayera. Sześciominutowa spirala repetycji powstałych z archaicznego krzyku, podbić perkusji oraz wątłym riffie choćby w „Nest”, odzwierciedla trywialność wstawek z obozu Maxa Cavalery.
Otrzymujemy zatem album, w którym prym wiodą djentowo–groove'owe, do bólu przejrzyste elementy ograbione z jakiegokolwiek triku, zaskoczenia, mocy czy bezwzględności. Poza tymi kategoriami znajduje się zaskakująca para „Blindness” plus „Red Sun” przywołująca toolowy zwyczaj łączenia dwóch kompozycji w całość. Jednakże w tym przypadku nie tylko forma, ale również i zanadto artmetalowa treść (głównie za sprawą gitar zbyt mocno nawiązujących do dokonań kwartetu z Los Angeles) czyni oba utwory mało autentycznymi i pozbawionymi tożsamości.


Blood Mantra to płyta co najwyżej solidna, bardzo przewidywalna, łatwo wpadająca w ucho i pewnie znajdzie spore grono, lubiących nieskomplikowany metal, odbiorców. Dla tych jednak, którzy spodziewali się dzieła nieokiełznanego i nowatorskiego, będącego rozwinięciem Carnival is Forever nowe wydawnictwo Polaków okaże się raczej dużym rozczarowaniem.

[Dariusz Rybus]