polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Drekoty Lub maszyna dzika trawa

Drekoty
Lub maszyna dzika trawa

Ola Rzepka od początku swojej twórczości miała zmysł do solidnego kompozytorskiego rzemiosła i z pewnością nie wynika to jedynie z muzycznego wykształcenia (do czego nie od razu się przekonałem, co w czeluściach archiwów Popup możecie przeczytać). Założone przez nią Drekoty momentalnie wskoczyły do polskiej czołówki muzycznej - ze względu na fantastycznie skrojone melodie, nieoczywiste struktury, ale też teksty balansujące gdzieś na granicy abstrakcji i rzeczywistości. Drekoty połączyły piosenkową naiwność z poszukiwaniem swojego języka, na pierwszy plan wysuwając nieoczywisty rytm, ale nie ukrywając za perkusją innych walorów.

Długo trzeba było czekać na ich kolejną płytę - Lub maszyna dzika trawa ukazuje się po pięciu latach, jest nagrana w innym składzie, ale to znów materiał, który niemal w całości przygotowała Rzepka. Teksty, muzyka, a pewnie też i większość zaproszonych gości to jej sprawka i pomysł na kompleksowe brzmienie. Pół dekady przerwy zrobiło swoje, dzięki czemu Drekoty nie idą w oczywistym kierunku i nie powielają tego, czym zachwycały na “Persentynie”. Ich muzyka to nadal zwiewne melodie wpadające w ucho, ciekawe melodyjnie i rytmicznie, ale rozgłośnie radiowe mogą mieć z nimi problemy. Czuć tu czuć nieoczywistość - już otwierającego “Aaa 2” nie da się zamknąć w prostych ramach, a potem nie będzie inaczej: oszczędne słowa, fantastyczne melodie, które współgrają z zaproszonymi gośćmi (genialne oblicza gitary Raphaela Rogińskiego czy mięsiste zawijasy saksofonów Mikołaja Trzaski). Taki pop progresywny, bo niebanalny i poszerzający horyzonty. Rzepka pozwala sobie rozwijać pomysły, nie przejmuje się formą czy jakimikolwiek ograniczeniami. Przez to może nie być to płyta najłatwiejsza w odbiorze za pierwszym razem, ale z każdym kolejnym przesłuchaniem oferuje coraz więcej. Jest w tej muzyce pewna szkatułkowość i delikatność, drobiazgowa produkcja, a jednocześnie siła, zarówno wtedy gdy zespół uderza z impetem razem z muzykami, ale też w momencie gdy muzyka się tli lub powoli wyłania. Drekoty to twór dziki i nieokiełznany, pełen swobody i ekspresji. Dobrze jest słyszeć je z powrotem.

[Jakub Knera]