polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Oxbow Thin Black Duke

Oxbow
Thin Black Duke

W podsumowaniach 2017 roku, i to nie tylko w kategorii alternatywnego rocka, jedna z najwyższych pozycji przypada w udziale Oxbow. Na następcę znakomitego The Narcotic Story trzeba było czekać aż dziesięć lat, ale ekscytacja jaką wywołuje wynagradza z nawiązką długą przerwę w studyjnej działalności Amerykanów.

Oxbow na przestrzeni dwóch dekad próbowali wielu rzeczy, od chaotic punk po blues rock i choć Thin Black Duke jest efektem "post" tego skrajnego eksperymentowania, to przede wszystkim cechuje go, wynikająca z tych dziesięciu lat pauzy, świeżość. Muzycy zachowali ewolucyjną, gatunkową, idącą w stronę subtelności ciągłość zmian, ale ich poetycki charakter powoduje, że Thin Black Duke mógłby równie dobrze ukazać się pod zupełnie nowym szyldem. Kwartet z San Francisco nie dość, że na dobre porzucił swoje noisowe korzenie, to pożegnał się również z bluesową nutą, a więc zajawkami, które zaczęły pojawiać się już na An Evil Heat. Nowa, artrockowa, a fragmentami nawet barokowo-popowa droga obrana przez Eugene'a Robinsona i kompanów przy pierwszych kontaktach budzi ogromne zdumienie. Zdumienie, które po kilku odsłuchach szybko zamienia się w zachwyt, a z czasem w uzależnienie. Dzieje się tak głównie dlatego, że album za sprawą niespotykanej harmonijności wprowadza w stan potężnej hipnozy, z której wydobywa się wiele zaskakująco skrajnych postaw. Od chłodu, apatii i złości, aż po głęboką tęsknotę, a nawet chwile zadumy. Smyczki, klawisze, trąbki. Genialne, raz ciche, momentami szepczące, innym razem głośne, leniwe, pełne dystansu wokale Robinsona. Wspaniały basowo-perkusyjny timing. Ciągłe kreowanie atmosfery za pomocą finezyjnych gitar. Całość staje się źródłem paraliżującego spokoju, ale i zobojętnienia.

Na otwarciu żywy, wesoły, bardzo poukładany "Cold & Well-Lit Place". Potem melancholijny, niezwykle nastrojowy "Ecce Homo". Fragment szybszego bicia serca przy postpunkowym "A Gentleman's Gentleman". Następnie fantastycznie liryczny, cierpliwy "Letter Of Note", którego niecałe cztery minuty od 2: 30 wędrują potem w głowie jakby wybrzmiewały co najmniej kilkadziesiąt minut. Dziesiątki wątków w "Host". Hejnałowy, cudownie psychodeliczny "The Upper". No i finałowe duo. Nagle ucięty, niedopowiedziany "Other People" i jego spokojne, nieco dramatyczne, gitarowe dopełnienie w fascynującym "The Finished Line". Mnóstwo zmian, zakrętów oraz repetycji tworzy doskonałą, wprowadzającą w euforyczny trans intensywność. Płyta trwająca niecałe trzy kwadranse serwuje setki motywów, które mogłyby wypełnić nie jedno podwójne wydawnictwo.

Ostatnia produkcja Oxbow to prawdziwe avant-gardowe arcydzieło. Miażdży i oddziałuje, tak samo mocno, jak każdy poprzedni album jedynej w swoim rodzaju grupy. Jedyną różnicą jest tylko ta zaskakująco subtelna i karmiąca zmysły formuła.

[Dariusz Rybus]