polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
THE YOUNG GODS  Knock On Wood - The Acoustic Sessions

THE YOUNG GODS
Knock On Wood - The Acoustic Sessions

Kiedy na początku lat 90-tych MTV rozkręciło szaleństwo na koncerty unplugged wydawnictwa tego typu szeroką falą zalały rynek. Co drugi zespół miał w swoim dorobku płytę z nagraniami bez prądu, a co trzeci w trakcie koncertu robił obowiązkową przerwę, stwarzał "nastrój" (czyli świece, barowe krzesła i wino) i odgrywał swoje hity na akustyczną modłę. Następnie te same zespoły wydawały płytę z remixami, a potem brały się jeszcze za granie z orkiestrą symfoniczną, ale to już temat na zupełnie inną recenzję. Wracając do płyt unplugged, które ponownie wracają do łask (w Polsce to już chyba aż nadto - Hey i Kayah sprzedały więcej egzemplarzy koncertów akustycznych niż ostatniego regularnego krążka) to mam z nimi duży problem. Bo z jednej strony - jak mówią zwolennicy - płyty unplugged dają szansę na inne spojrzenie w zastaną dotąd strukturę kompozycji i pozwalają wydobyć z niej nieznane wcześniej smaczki i klimaty (to samo można jednak powiedzieć o istocie remixu i nagraniu czegoś z orkiestrą). Z drugiej jednak strony i tak najważniejsza jest sama kompozycja, bo jeśli jest gówniana, to ani nylonowe struny lub fagoty i inne oboje tego nie zmienią. Odnoszę zatem wrażenie, że tego typu wydawnictwa powstają raczej w wyniku braku nowych pomysłów, chęci złapania oddechu i wypełnienia luki pomiędzy kolejnymi albumami. A ponieważ wg teorii Mamonia ludzie najbardziej lubią słuchać znanych już piosenek, wytwórnie seryjnie produkują tego typu płyty, co prowadzi do takich paradoksów, jak postrzeganie koncertu unplugged Nirvany jako ich najlepszego w karierze. A przecież to była strasznie brudna punkowa kapela, a nie zbiór harcerzyków w babcinych sweterkach brzdąkających coś przy blasku świec.

Analogicznie można więc stwierdzić, że The Young Gods to strasznie brudna eksperymentalno- samplerowa kapela, a nie banda podtatusiałych hipisów. No tak, ale zespół, który jako pierwszy nagrał gitarową płytę bez użycia gitar (słynny debiut z 1987 r.) po 20 latach przeprosił się jednak z sześcioma strunami i nagrał płytę bez prądu. Czego to dowodzi - patrz kilka akapitów wyżej, bez złośliwości dodam tylko, że ostatnio zespół aż rozpiera chęć robienia czegoś nowego ze starymi utworami (kolaboracje z innymi artystami //ostatnio z Dalekiem//, grywanie koncertów poświęconych jednej płycie //najsłynniejsza płyta Szwajcarów "Tv Sky//, itd.). Na szczęście od czasu do czasu nagrywa także "normalne" albumy, jak ubiegłoroczne "Super Ready / Fragmenté", zresztą najlepsze swoje wydawnictwo od lat.

"Knock on Wood" nie odbiega niestety od utartej formuły wydawnictw unplugged: instrumenty elektryczne zastąpiono po prostu akustycznymi z extra-dodatkiem jakiegoś "niestandardowego" typu sitar czy afrykański bębenek. Nie zabrakło także "obowiązkowych" coverów, tym razem mamy ich kilka z nieśmiertelnym "Ghostrider" Suicide na czele. W obrębie aranżacji dzieje się niestety niewiele, tak jakby muzykom starczyło zapału tylko na opanowanie gry na pudłach. Słucha się tego owszem, miło, zwłaszcza w kontekście dotychczasowej dyskografii zespołu. Tym niemniej ten album absolutnie nic nie wnosi do dorobku zespołu i po jego wysłuchaniu nie dowiemy się niczego więcej ponad to, co już wcześniej wiedzieliśmy. Być może poza tym, że "Skinflowers" czy "Gasoline Man" to znakomite, wręcz przebojowe piosenki. Ale aby to zrozumieć wcale nie trzeba było pukać w tytułowe drewno.

[Marcin Jaśkowiak]