polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Caribou wywiad z Danem Snaith

Caribou
wywiad z Danem Snaith

Dan Snaith, ukrywający się pod pseudonimem Caribou, swoją ubiegłoroczną płytą "Andorra" rewelacyjnie zatarł granice między muzyką producencką, a klasycznym songwritingiem. Połączenie perfekcyjnie klejonych sampli i piosenkowego zmysłu zaowocowało albumem o spójnej narracji, chwytliwych melodiach i absolutnie ciekawym brzmieniu. Amalgamatu psychodelicznych brzmień, transowych kawalkad rytmu i popowego ciepła, będziemy w wydaniu Caribou mogli posłuchać już w sierpniu na Off Festivalu. Zachęcamy Was do uczestnictwa w tym wydarzeniu, poniżej proponując wywiad z Danem, który przeprowadziliśmy na festiwalu Primavera Sound w Barcelonie.

To Twój pierwszy wywiad dla polskich mediów, czy tak?

Może tak, może nie. Nie jestem pewien. Wydaje mi się, że udzielałem kiedyś wywiadu telefonicznego, ale to jest na pewno pierwszy raz, kiedy spotykam dziennikarza z Polski. (śmiech)

W sierpniu, tu nie mogę się już mylić, zagrasz po raz pierwszy w Polsce. Wielu ludzi kojarzy Cię z muzyką elektroniczną, ze stylem jaki zapoczątkowałeś jeszcze pod nazwą Manitoba. Twój ostatni album "Andorra" wskazuje jednak, że na koncercie powinniśmy się spodziewać czegoś zupełnie innego.

Obserwując nas obecnie na koncertach można odnieść wrażenie, że Caribou to nie mój pseudonim, ale nazwa zespołu. Koncertujemy w czwórkę, czyli w nieco szerszym składzie niż w przeszłości. Składa się na niego dwóch perkusistów, w tym ja sam gram w niektórych utworach na perkusji, dwóch wokalistów, oprócz tego oczywiście bas, gitara, klawisze i sampler. Zwykle korzystamy też z wizualizacji.

Przypuszczam, że występowanie w takim składzie będzie dla Ciebie nowym doświadczeniem. Czy wcześniej grałeś solo?

Tylko promując mój pierwszy, zdecydowanie najbardziej elektroniczny album, występowałem na scenie sam. Nie byłem jednak z tego w pełni zadowolony. Frustrowałem się, bo na koncertach nigdy nie brzmiałem dokładnie tak, jak chciałbym. Na szczęście, niedługo później udało mi się stworzyć zespół - w rezultacie promując "Up in Flames" i "The Milk of Human Kindness" koncertowaliśmy już w trójkę. To był z pewnością krok w dobrym kierunku. Obecny line-up jest jednak jeszcze lepszy, "zgrywamy się" bardzo dobrze.

Wydaje mi się, że nowa płyta wręcz wymaga takiego szerszego składu. Co było dla Ciebie największym wyzwaniem w trakcie pracy nad "Andorra"?

Z całą pewnością najtrudniejsze były kwestie związane z kompozycją i aranżacją utworów. Była to bowiem dla mnie zupełna nowość - wcześniej wszystkie utwory tworzyłem używając pętli i sampli. Zaczynając pracę nad "Andorra", uświadomiłem sobie jednak, że jest mnóstwo utworów, utworów popowych, które uwielbiam z powodu ich kompozycji, harmonii i melodii, nie zaś ze względu na technikę i produkcję, czy sposób w jaki zostały zrealizowane.

Czyli przyszedł czas na piosenki?

Choć nigdy wcześniej nie zajmowałem się komponowaniem, postanowiłem spróbować. Zdecydowałem, że napiszę wszystkie utwory do "Andorra", zanim zacznę je nagrywać. Co było dla mnie bardzo dziwne, jako że nigdy wcześniej nie postępowałem w ten sposób. Układanie melodii, brzmiących świeżo i interesująco, pisanie zwrotek i refrenów - wszystko to okazało się dla mnie niesamowicie trudne. Zauważyłem wtedy, że o ile jestem dobry w generowaniu muzycznych pomysłów, tzn. bez większych problemów wymyślam nowe, ciekawe dźwięki i wiem co zrobić by je uzyskać, to zupełnie nie potrafię pisać utworów. Tak więc komponowanie stanowiło dla mnie zdecydowanie największe wyzwanie.

Czy decyzja o komponowaniu piosenek była dla Ciebie ruchem przełomowym, czy raczej takim, do którego stopniowo dojrzewałeś?

Z pewnością niektóre utwory na moich wcześniejszych płytach sygnalizują taką ewolucję, jednak sposób pracy nad "Andorra" mocno, wręcz diametralnie, różnił się od pracy nad poprzednimi albumami. Wydaje mi się, że na etapie tworzenia albumu, decyzja o komponowaniu przyniosła coś nowego, w tym oczywiście wyzwania, lecz równocześnie nie musiałem rezygnować z niczego, co robiłem wcześniej, ani ze swojego doświadczenia.

Czy do tej zmiany skłoniły Cię trasy koncertowe i granie w zespole? Czy w studio współpracujesz z tymi samymi ludźmi, z którymi występujesz na scenie?

Wiesz, w studio zawsze pracuję sam. Co prawda czasem może się wydawać, że jest inaczej, ale naprawdę nagrywam w pojedynkę. Po prostu po kolei rejestruję poszczególne części utworów i je łączę. Choć brzmieniowo "Andorra" zdecydowanie różni się od wcześniejszych albumów, zawsze nagrywałem w ten sam sposób - czasem sięgam po sample z płyt, czasem nagrywam partie gitar samemu, a następnie je zapętlałem. Oczywiście, koncepcyjnie, praca nad "Andorra" była inna w tym sensie, że utwory napisałem już przed rozpoczęciem pracy w studio, ale sam sposób nagrywania, "produkcji" tego albumu, nie różnił się bardzo od poprzednich.

W Twojej muzyce zauważam często psychodeliczne elementy, wydaje mi się, że oddajesz w niej klimat, którego początki sięgają czasów Woodstock, używając przy tym nowoczesnych narzędzi i środków przekazu. Dla mnie charakterystyczne dla Ciebie i Nobody'ego. Czy muzyka lat 60tych stanowi dla Ciebie ważną inspirację?

Myślę, że tak. Mam sporo płyt z tamtego okresu - zarówno Elvin [Estella, czyli Nobody; przyp. red.], jak i ja, kolekcjonujemy płyty - i nawet zdarza mi się je samplować. Zgadzam się, że tamte lata słychać w mojej muzyce, ale wierz, mi, że następny album nie będzie miał w sobie za grosz lat 60tych. W każdym razie, uważam, że to był bardzo interesujący okres, zarówno w aspekcie kulturowym jak i muzycznym. Pojawiło się wtedy wiele nowości technicznych - syntezatory, nowatorskie sposoby loopowania taśm magnetofonowych, innowacyjne metody nagrywania. Poźne lata 60te i wczesne 70te są pełne ekscytacji tymi nowo pojawiającymi się możliwościami. Ale tego rodzaju zmiany miały miejsce nie tylko w latach 60tych, podobnie było na przełomie lat 70tych i 80tych. Jednocześnie, to był bardzo ambitny okres w historii muzyki. Wydaje mi się jednak, że innowacje w ostatnich latach są równie znaczące - potencjał nowoczesnych technologii pozwala w jednym utworze wykorzystać orkiestrę, a w następnym akustyczne detale czy elektronikę. Podczas gdy muzyka taka jak np. indie rock, mam na myśli kilku chłopaków z gitarą, basem i perkusją, technicznie nie wydaje się dawać tak wielu możliwości.

Odnoszę wrażenie, że tutaj widoczna jest pewna cykliczność, tzn. okresy dominacji muzyki elektronicznej, zaawansowanej technologicznie, przeplatają się z okresami zainteresowania muzyką bardziej tradycyjną, "prostszą". I tak na przykład, o ile w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych wszyscy fascynowali się elektroniką, teraz obserwuje się wzmożone zainteresowanie muzyką powracającą do korzeni, np. gitarową.

To prawda. Myślę, że obecnie - po okresie intensywnego rozwoju elektroniki - faktycznie obserwujemy silny zwrot w kierunku brzmień organicznych. Jednocześnie, tworzeniem muzyki zajmuje się dziś o wiele, wiele więcej osób, niż miało to miejsce kiedykolwiek wcześniej, co sprawia, że rozwijają się naprawdę różnorodne gatunki. Na przykład we wspomnianych już latach sześćdziesiątych, liczba muzyków była jeszcze mocno ograniczona, a ponadto wszyscy inspirowali się tym samym, tymi samymi wielkimi nazwiskami, bo w sklepach płytowych mogli dostać wyłącznie Jimiego Hendrixa, Crosby, Stills & Nash lub inne sławy. Teraz sytuacja wygląda zupełnie inaczej; pojawia się mnóstwo interesujących zespołów, nowych gatunków i styli, często trudnych do jednoznacznego sklasyfikowania - myślę, że to bardzo dobre, zdrowe zjawisko. Jasne, że w ostatnich latach sporo sztampowych kapel rockowych zrobiło karierę, ale popatrz na festiwal dookoła - tutaj naprawdę ludzie prezentuję bardzo zróżnicowaną muzykę.

Zgadzam się z Tobą. Wspomniałeś, że obecnie mnóstwo ludzi zajmuje się tworzeniem muzyki. Wydaje mi się, że to również wynika z postępu technicznego, w tym sensie, że do tworzenia muzyki - na przykład przy pomocy komputera - nie trzeba już angażować pokaźnych środków finansowych czy posiadać formalnej edukacji muzycznej. Z drugiej strony, Internet oddziałuje na kanały dystrybucji i sposoby jakimi muzyka dociera do publiczności. Co o tym sądzisz? Czy uważasz, że Internet zagraża tradycyjnym formom dystrybucji takim jak płyty CD czy winyle?

Tak, prawdopodobnie. Jeśli przyjrzeć się, powiedzmy, ostatniemu pięćdziesięcioleciu w historii muzyki, łatwo zauważyć, że niektóre formaty - niegdyś popularne - zanikły. Kiedy na przykład ostatni raz ktoś słuchał muzyki z ośmiośladu, albo kiedy ostatnio wydano album na kasetach magnetofonowych? Mam wrażenie, że rozprzestrzenianie się muzyki cyfrowej wydaje mi się nieuniknione, choć z drugiej strony wiem, że ludzie są bardzo przywiązani do fizycznego istnienia nośników muzyki. Mówię to, gdyż na przykład sam kupuje wyłącznie winyle - uważam, że są piękne. Płyty CD kupuję wyjątkowo rzadko.

Co więcej, nieważne, czy chodzi o kompakt, czy winyl, fizycznie istniejący album jest dla mnie, w większym stopniu niż katalog na dysku, pewną całością, spójnym dziełem, któremu ponadto towarzyszy oprawa graficzna.

Myślę, że strona wizualna - okładka, pudełko - to są rzeczy ważne dla mnie czy dla Ciebie, ponieważ jesteśmy do tego przywiązani, ale gdybyś porozmawiał z jakimś nastolatkiem miałby zupełnie inne spojrzenie na te kwestie. (śmiech)

Czy nie uważasz jednak, że z jednej strony każdy album tworzy pewną spójną, kompozycyjną całość i powinno się go słuchać od początku do końca, z drugiej - formaty cyfrowe sprawiają, że nie słucha się już albumów w całości, a raczej wybiera poszczególne utwory?

Tak, w pewnym sensie - często zdarza się nawet, że ludzie nie słuchają już całych utworów, tylko jakieś wybrane, ulubione fragmenty. Myślę, że w przypadku niektórych zespołów, grających np. pop lub r&b, których głównym celem jest nagranie łatwo wpadającego w ucho radiowego hitu, nie ma to większego znaczenia. Dla takich zespołów tworzenie całych albumów i tak nie ma w zasadzie sensu. Dla innych, np. dla mnie, zainteresowanych grupowaniem utworów w większe, spójne całości, może to stanowić pewne zagrożenie. Jednocześnie, jestem przekonany, że zawsze znajdą się ludzie, którzy będą cenić tego typu całościowe podejście do muzyki.

Zakończmy więc tym optymistycznym akcentem. Dzięki za rozmowę i do zobaczenia przy okazji Twojego koncertu w Polsce.

[Piotr Lewandowski]