polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Caribou Dan Snaith - wywiad

Caribou
Dan Snaith - wywiad

Dan Snaith aka Caribou z zaskakiwania i gatunkowych wycieczek uczynił leitmotif swej kariery. „Swim” przynosi zwrot w stronę muzyki tanecznej, jednak jest to zwrot przewrotny – ciągle trudno ocenić, czy to płyta przystępna, czy taką tylko udaje. Na pewno jednak prezentuje wspaniałe soniczne uniwersum Caribou. Zapraszamy do lektury wywiadu z Danem.

Twój koncert po poprzedniej płycie zapadł w pamięć wielu osobom w Polsce. „Swim” to jednak mały przewrót w stosunku do „Andorra”. Jak wyglądają teraz Twoje występy na żywo?

Cóż, wyglądają akurat bardzo podobnie. Ciągle gramy w czwórkę, na dwa zestawy perkusyjne, klawisze, gitarę, itd. Mamy też wizualizacje. Ale sporo się zmieniło pod powierzchnią. Staramy się w tym składzie grać muzykę „brzmiącą jak elektroniczna”, ale z drugiej strony chcemy zachować spontaniczność i improwizować. Dlatego wywróciliśmy do góry nogami sposób, w jaki gramy, w jaki przebiega interakcja między nami. Interpretacje utworów są kompletnie otwartą kwestią. To bardzo ekscytujące. Sięgnęliśmy po nowe rozwiązania technologiczne, które pozwalają nam improwizować zupełnie inaczej niż było to możliwe kiedyś.

Ale muzyka taneczna, która jest u podstaw Twojego nowego materiału, jest generalnie uporządkowana i tkwi w swoim rytmicznym gorsecie. Jak znajdujecie przestrzeń do improwizacji w jej ramach?

Faktycznie, jest w tym pewna sprzeczność, ale ona jest pociągająca. Muzyka taneczna to dla nas bardzo otwarty, pojemny gatunek, pozwalający na integrację różnych elementów. Takie doświadczenie jest szczególnie namacalne, gdy gramy na żywo. Loop staje się tylko punktem wyjścia, jego elementy może przejąć przykładowo sekcja rytmiczna i w ten sposób utwór rozwija się w dowolną stronę.

Czy dostępność nowych technologii pozwala Wam na eksplorowanie tych aspektów muzyki i brzmienia, które wcześniej były niedostępne dla manipulacji?

Oczywiście, w 100 procentach. Jeszcze pięć lat temu nie bylibyśmy w stanie zagrać tak, jak gramy teraz np. na koncertach. Używamy standardowych obecnie narzędzi, ale współczesna technologia pozwala już nie tylko na odtworzenie każdego aspektu dźwięku, kontroli różnych jego głębokości, ale też pewnego rodzaju „otworzenie”, wpływanie na czynniki pierwsze muzyki.

Rozumiem, że w podobny sposób pracujesz w studio. Kiedyś stosowałeś głównie loopy i sample, na „Andorra” szerzej sięgnąłeś po żywe instrumenty. Jaki „materiał wsadowy” najbardziej Cię teraz interesuje?

Przede wszystkim, w studio ciągle pracuję sam. Staram się używać wielu cyfrowych źródeł, syntezatorów, automatu perkusyjnego. Używam też sporo „małych sampli”, pojedynczych dźwięków, często instrumentów albo dźwięków nagranych w terenie. Stają się one tworzywem, które staram się przetworzyć na klawiszach. W porównaniu do poprzedniej płyty, na pewno mniejszą rolę odegrały jednak tradycyjne instrumenty.

„Andorra” wydaje się dziś ukoronowaniem (dotychczasowym) popowych i psychodelicznych wątków. Skąd nagle zauroczenie muzyką taneczną i zwrot w jej stronę?

Generalnie zaczynałem od muzyki elektronicznej, przeznaczonej do tańca. Robiłem jej sporo, powiedzmy, dziesięć lat temu. Z czasem zeszła ona na drugi plan, ale w ostatnich latach po prostu znów mocniej zainteresowała mnie muzyka klubowa. Częściej wychodziłem do klubów i słuchałem różnych didżejów. Okazuje się, że najświeższe pomysły, które wpadają mi dziś w ucho, pochodzą właśnie z szeroko rozumianej muzyki tanecznej.

Słyszałem, że teraz sam dużo częściej niż przed kilkoma laty grasz w klubach jako didżej.


Tak, zresztą kilka kawałków na nowej płycie tworzyłem, próbowałem i poprawiałem właśnie na potrzeby moich setów didżejskich, czasem nawet na konkretny występ. Pozwalało mi to też sprawdzić reakcję publiczności i sposób, w jaki brzmią one na dużych systemach nagłaśniających. Więc generalnie ma to spory wpływ na kształt nowej płyty.

A jak znalazłeś równowagę pomiędzy podejściem do tworzenia muzyki w kategoriach całych albumów, które jest wyczuwalne w Twojej muzyce, a preferencjami świata muzyki klubowej, zorientowanego na produkcję pojedynczych kawałków?

Może i czuję pewnego rodzaju presję z strony tego świata, ale nigdy nie chciałem do niego „należeć”. Specjalnie nie zależy mi na byciu kojarzonym z atrybutami tej kultury, choć pewne jej elementy są ekscytujące. Jestem zadowolony ze swojego miejsca na tej scenie, dość szczególnego – zawsze będę zawieszony pomiędzy graniem w zespole, a didżejowaniem muzyki elektronicznej. Wydaje mi się to naturalnym środowiskiem.

Czy myślisz o muzyce w sposób matematyczny? Masz doktorat z matematyki, wykształcenie ścisłe tworzy pewien sposób postrzegania świata: jako pewnej struktury, poddającej się opisowi za pomocą narzędzi matematycznych. Postrzegasz muzykę w taki modelowy sposób?

Zdecydowanie nie. Dla mnie jest ona czymś zupełnie przeciwnym, kwintesencją emocji, intuicji, spontaniczności. To zresztą najbardziej w niej kocham. Ale paradoksalnie, to co sam lubię w matematyce, to nie jej strukturalizm, lecz inne aspekty niż te zwykle kojarzone z matematyką.

A z innej perspektywy: czy myślisz o muzyce bardziej jako o doświadczeniu osobistym, czy zbiorowym?

Oczywiście gdy tworzę muzykę, jest to doświadczenie stuprocentowo osobiste, tym bardziej, że robię to najczęściej w pełnej izolacji od innych. Zamykam się w domu i wychodzę z nią do ludzi gdy już wszystko jest skończone. Ale graniu muzyki towarzyszą zupełnie inne emocje. Koncert zasadza się na przecież na interakcji. Myślę, że są to dwa uzupełniające się aspekty muzyki i z obu warto czerpać jak najwięcej.

Właśnie, w ubiegłym roku na nowojorskim festiwalu ATP grałeś z kilkunastoosobowym zespołem, w którym był m.in. Marshall Allen, Four Tet i różni muzycy, których teraz możemy usłyszeć na Twoim nowym albumie. Czy tamten koncert były punktem zwrotnym między wizją z „Andorra”, a czymś nowym?

Cóż, album był już wtedy w przeważającej części gotowy, dlatego właśnie kilka osób weszło do składu tamtego zespołu. Ale kilka doświadczeń, np. współpraca z sekcją dętą albo Luke’m Lalonde, zaowocowało czymś nowym na „Swim”.

Ostatnie lata, może miesiące wręcz, przyniosły mini-renesans muzyki elektronicznej, tanecznej. Zastanawiam się, czy nie jest to swoista reakcja na przygnębiający, kryzysowy okres. Może nawet zwrot ludzi w stronę, powiedzmy, zabawy jest tym atrakcyjniejszy, gdy codzienność staje się trudniejsza? Jak sądzisz?

Ciężko powiedzieć. Bardzo duża część muzyki elektronicznej, która zainteresowała mnie w ostatnich latach i moim zdaniem wnosi coś nowego, nie ma charakteru euforycznej zabawy ani muzyki do szału po ecstasy. Widać to choćby po dubstepie. Jednak, przykładowo, młodzi, dubstepowi producenci ze sceny londyńskiej, żyją chyba w trochę innej rzeczywistości niż ta powiązana z aspektami makroekonomicznymi, czy finansowymi. Nie jest pierwszą osobą, która o to pyta. Być może ten globalny obraz ma wpływ na to, jak ludzie odbierają muzykę, ale nie raczej nie na to, w jaki sposób ona powstaje.

Sam słuchałem kiedyś, około dziesięć lat temu, więcej muzyki elektronicznej potem stopniowo zacząłem być nią zmęczony. Ostatnio znowu odnajduję w niej coś dla siebie – szczególnie wyraża to dla mnie album „Black Noise” Pantha du Prince. To muzyka taneczna, ale sprawia wrażenie bardzo ludzkiej, niemechanicznej. Podoba Ci się ten album?

Tak, choć nie jest to raczej moja ulubiona płyta. jednak mam podobne doświadczenia do Twoich. W drugiej połowie lat 90tych i na przełomie dekad słuchałem mnóstwo muzyki elektronicznej i tanecznej, a potem poczułem się znużony, przyszedł okres, w którym nie działo się w niej nic, co przykuwało moją uwagę. Teraz znów mam wrażenie, że dryfuję w tamtym kierunku, a najbardziej ekscytujące pomysły muzyczne odnajduję właśnie w tym nurcie.

Jakie więc są Twoje sugestie płytowe z ostatnich kilku miesięcy?

Wiesz, nie chodzi nawet o płyty, tylko o wrażenia wywoływane przez poszczególne kawałki czy producentów. Jednym z nich na pewno jest Gold Panda, który zresztą siedzi tuż za mną, gdy tak sobie jedziemy. Robi naprawdę świetną muzykę. James Blake mi imponuje. Bardzo dużo dzieje się w dubstepie. Tak naprawdę, niemal każdego tygodnia pojawia się mnóstwo rzeczy, które przykuwają moją uwagę. Czasem robią je ludzie, o których wcześniej nie słyszałem. To bardzo ekscytujące, naprawdę od dawna nie miałem takiego poczucia.

Tym budującym akcentem zakończmy. Dzięki za rozmowę.

[Piotr Lewandowski]

recenzje Caribou w popupmusic