polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Hanne Hukkelberg wywiad

Hanne Hukkelberg
wywiad

W dniach 21-22 stycznia w Krakowie i Warszawie wystąpi norweska artystka Hanne Hukkelberg. Jej wciągające i nastrojowe piosenki toną w nieoczywistych, gatunkowych mariażach, w których folkowe, popowe i rockowe wątki napotykają na muzykę konkretną. W 2009 roku ukazał się jej nowy album „Blood from the Stone”. Zapraszamy do lektury wywiadu z Hanne i gorąco polecamy jej koncerty!

Hanne, chciałam Ci przede wszystkim pogratulować nowej płyty Podobają mi się wszystkie Twoje płyty, ale „Blood from the Stone” jest fantastyczna.

Dziękuję bardzo.

Zawsze wykorzystywałaś wiele dźwięków zasłyszanych, odgłosów przedmiotów, które trudno uznać za „normalne” instrumenty. Na „Blood from the Stone” wyczuwalne jest jednak przesunięcie w kierunku wrażliwości post-punkowej, przede wszystkim dzięki lepiej wyeksponowanym gitarom. Co zainspirowało tę zmianę, czy były to inspiracje muzyczne?


Zawsze lubiłam taki rodzaj muzyki, chyba zawsze mnie on inspirował...[pauza] Hmmm. Może zacznę od samego początku. [śmiech] Zawsze angażowały mnie projekty zróżnicowane muzycznie i byłam częścią różnych zespołów. Tak się złożyło, że moje dwie pierwsze płyty nabrały specjalnego charakteru, który właściwie różni się bardzo od tego, co robiłam wcześniej. Były to moje pierwsze solowe albumy i ich brzmienie zostało mi niejako przypisane, stało się „moim stylem”. Teraz, kiedy gram muzykę, którą określiłaś jako bardziej rockową, czy postpunkową, czuję, że to właśnie moja naturalna energia, która nie znalazła ujścia na poprzednich krążkach. Po dwóch wcześniejszych albumach uznałam, że jestem gotowa pokazać właśnie tę rockową część mnie i mojej muzyki. Myślę, że wpisuje się to też w ostatnie trendy muzyczne – powracające lata 80. i 90., które inspirują wielu artystów, w tym mnie samą. 

Mam wrażenie, że Twoje brzmienie stało się też cięższe, mocniejsze. Zgodzisz się z tym?

Od dawna miałam potrzebę wyrażenia „ciemniejszej” strony swojej osobowości i trudniejszych uczuć. Słuchacze mogą różnie interpretować moją muzykę, ale z mojego punktu widzenia jest w niej dużo silnych, ciężkich emocji. Proces jej tworzenia zaczyna się w ciemnym, bardzo emocjonalnym miejscu wewnątrz mnie.

Słuchałam właśnie doom metalu w Twoim wykonaniu [śmiech]. Niewielu osób wie, że śpiewałaś w doom metalowym zespole Funeral. Byłam zaskoczona Twoim stylem wokalnym na tej płycie. Jakie są Twoje inspiracje wokalne? Uczyłaś się śpiewu klasycznego, ale czy są wokaliści/wokalistki, którzy są dla Ciebie szczególnie ważni?


Wszyscy artyści, których kiedyś słuchałam mają na mnie jakiś wpływ, to wszystko gdzieś w człowieku zostaje. Ale są wokaliści, których zawsze słuchałam dużo, jak Jeff Buckley, Nina Simone i wielu wokalistów folkowych.

Pewien mój przyjaciel znajduje w Twojej muzyce wątki starszej muzyki brazylijskiej? Co Ty na to?

Jeśli tak jest, to bardziej przez przypadek. Nie znam nazw wielu rzeczy zasłyszanych przypadkiem np. w radiu, w filmach, czy na ulicy, które zostawiają we mnie ślad. Myślę, że w mojej głowie jest bardzo dużo muzyki, której ani twórcy, ani rodzaju nie potrafię nazwać.

Czyli powracamy do „znalezionych dźwięków”, obecnych nie tylko w warstwie instrumentalnej, ale i stylistykach wokalnych.

Wiesz, to niesamowite, jak wszystko zostaje człowiekowi w głowie i staje się inspiracją. Trochę jak z reklamą – słyszysz ją, a potem następnego dnia ni stąd, ni zowąd masz ochotę na tę właśnie czekoladkę. [śmiech]

O ile dobrze pamiętam, Twoja piosenka też była wykorzystana w reklamie?

Tak, dla sieci sklepów z kosmetykami z naturalnych składników.

Dużo podróżujesz. Mam na myśli przede wszystkim odległe od siebie miejsca, w których nagrywałaś płyty: raz jest to Berlin, raz wyspa, której nazwy niestety nie pamiętam...

To norweska wyspa Senja.

Czy oderwanie się od codzienności, schowanie przed światem i zaszycie w miejscu, które nie jest domem, jest dla Ciebie konieczne w procesie powstawania płyty?

Cóż, może nie jest niezbędne, ale zdecydowanie pomaga. Kiedy jestem w domu, w swoim codziennym otoczeniu, cały czas coś mnie rozprasza: dzwoni telefon, znajomi chcą się spotkać itd. Kiedy więc przychodzi moment, w którym chcę zacząć komponować i pracować nad płytą, potrzebuję skupienia – i nie tylko przez kilka dni, ale tygodni czy nawet miesięcy – by wsłuchać się w siebie, zdecydować, co chcę tym razem przekazać. W zasadzie trudno jest wsłuchać się w swój wewnętrzny głos, a jest mi to bardzo potrzebne, by odkryć, dlaczego chcę zrobić płytę, co chcę przez nią powiedzieć i wyrazić na scenie. Kiedy wyjeżdżam i podróżuję – tak na marginesie, bynajmniej nie jestem fanką podróży – nie mogę uciec od siebie, muszę niejako spędzić więcej czasu ze sobą i wsłuchać się w siebie. Muszę też komponować, gdyż właściwie nic innego nie mogę robić. No i nic mnie nie rozprasza.

Czy planujesz już kolejną ucieczkę, która przełoży się na kolejną płytę, czy raczej czekasz aż przyjdzie odpowiedni czas?

Miejsce do którego teraz się udam już i tak jest pełne tłumów – to Nowy Jork.

Faktycznie odludne i ciche miejsce. [śmiech] Czyli kolejny album będzie „nowojorski”?

Zapewne tak.

Już nie mogę się go doczekać. Wracając do Twojego stylu pracy: czy jest instrument, z którym szczególnie dobrze Ci się komponuje, czy raczej zależy to od nastroju lub rodzaju muzyki, nad którą właśnie pracujesz?

Moim ulubionym instrumentem jest głos. Ale oczywiście nie mogę śpiewać trzema głosami naraz, potrzebuję więc instrumentu, [śmiech] Podstawowym jest chyba pianino, ale często gram również na basie. Mam dobry słuch, znam się też na kompozycji, więc wiem dokładnie gdzie zabrzmieć ma konkretny dźwięk. Aranżacja to dla mnie najłatwiejszy i bardzo przyjemny etap tworzenia płyty. Ale żadnego instrumentu nie znam tak dobrze jak mojego głosu. Nie gram świetnie na gitarze, czy perkusji. Mam tylko muzykalne ucho i wiem, co chcę usłyszeć.

Czy gdy wchodzisz do studia wszystko masz już zaaranżowane i ułożone w głowie czy improwizujesz, albo pozwalasz improwizować muzykom?

Wchodząc do studia mam myśl przewodnią, a cały materiał nagrany własnoręcznie wcześniej. Przynajmniej w przypadku ostatniej płyty, z wcześniejszymi tak do końca nie było [śmiech]. Na „Blood from a Stone” generalnie wszystko było już ustalone i ułożone, ale jestem otwarta na zmiany, współpracuję z producentem i uwzględniam jego propozycje. Mój producent, Kare Chr. Vestrheim, ma dużo fajnych pomysłów, więc często modyfikujemy utwory. Z drugiej strony, z albumu na album coraz lepiej wiem czego chcę, te zmiany okazują się coraz mniejsze, a ostateczne wersje piosenek – bardzo podobne do moich pierwotnych wersji. Po prostu są lepiej ułożone i zagrane.

Wspomniałaś, że aranżacja przychodzi Ci z łatwością. A co jest najtrudniejsze w trakcie powstawania płyty, co sprawiło Ci najwięcej kłopotu przy nagrywaniu „Blood from a Stone”?

Najtrudniej chyba jest mi słownie wytłumaczyć producentowi, jakie brzmienie chcę osiągnąć i nadal chcieć tego samego następnego dnia. [śmiech] Zwykle pojawia się bardzo dużo pomysłów, które chciałabym wypróbować, a przedstawienie drugiemu człowiekowi dźwięku, brzmienia czy wizji –rzeczy nie do końca wytłumaczalnych werbalnie – słowami, jest bardzo skomplikowane.

Skoro pracujecie razem już długo, na pewno nadajecie na podobnych falach.

Tak, bardzo się cieszę, że to już trzecia płyta, którą zrobiliśmy razem. Poznajemy się coraz lepiej i świetnie się porozumiewamy. Tyle, że z drugiej strony ciężej zrobić razem coś zupełnie nieoczekiwanego i innego. Mam nadzieję, że Kare jeszcze nie zna mnie tak zupełnie do końca.

Czy ludzie w Norwegii mają Ci za złe, że mało śpiewasz po norwesku?


Dość często odpowiadam na to pytanie. Na każdej płycie śpiewam jedną piosenkę po norwesku, a całą resztę piszę po angielsku. Ostatnio brałam nawet udział w dyskusji panelowej na ten temat, bo wielu lingwistów norweskich uważa, że powinniśmy więcej tworzyć w swoim ojczystym języku. Ale myślę sobie, że jest nas tylko 4 miliony i jeśli chcę naprawdę dotrzeć do szerszego grona odbiorców spoza mojego kraju, nie mogę śpiewać w języku, który dla większości jest niezrozumiały.

Doskonale Cię rozumiem. [śmiech]

Myślę, że ludzie chcą wiedzieć o czym śpiewam, to dla mnie ważne. Jeśli chcę mierzyć dalej i szerzej, nie mogę śpiewać w języku, który jest całkiem... hmm, norweski [śmiech] Ciężko byłoby wyrazić siebie śpiewając po norwesku np. w Polsce.

A zaśpiewasz coś po norwesku w Krakowie lub Warszawie?

Być może... Jeśli będziecie chcieć. Myślisz, że Polakom to się spodoba?

Na pewno. Masz w Polsce może nie bardzo liczną, ale za to zagorzałą grupę fanów i większość moich znajomych muzyków oszalała ze szczęścia na wiadomość, że nas odwiedzisz. Mieli nawet nadzieję, że może potrzebujesz perkusisty albo basisty. [śmiech]


O, to bardzo miłe.

Twoja muzyka jest dość ekscentryczna, więc na koniec takie właśnie pytanie. Jeśli mogłabyś stać się zwierzęciem, którym chciałabyś zostać najbardziej?

Zabawne, wielu ludzi chce to wiedzieć. Może to ulubione pytanie ekscentryków.

A może Twoja muzyka wyzwala zwierzęce instynkty. Odpowiesz?

Jestem zafascynowana orłami. Na wyspie Senja jest ich bardzo dużo. To niesamowite, że one latając prawie nie poruszają skrzydłami, tylko je rozpościerają i unoszą się w powietrzu obserwując wszystkich z góry.

Utożsamiasz się z nimi pod tym względem, jesteś typem obserwatora?

Tak, chyba można tak powiedzieć.

Dziękuję Ci za rozmowę i do zobaczenia na koncertach w Polsce!

Również dziękuję i cieszę się na przyjazd do Was.


[Wywiad pierwotnie wyemitowano na antenie Polskiego Radia Euro]

[Gaba Kulka]