polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Hanne Hukkelberg wywiad

Hanne Hukkelberg
wywiad

Jeśli chodzi o wokalistykę, ten rok należy przede wszystkim kobiet – to one wracają po długich przerwach, tworzą dla swych piosenek oryginalne mikroświaty, zaskakują rozmachem płyt lub kompletnością kompozycji. W tym „kobiecym” sezonie to Hanne Hukkelberg swoją czwartą płytą Featherbrain pokazała, jak odwrócić proporcje między eksperymentalnym a popularno-kulturowym, nie tracąc zarazem piosenkowej, bezpośredniej siły oddziaływania. W lipcu na wrocławskich Nowych Horyzontach mogliśmy Hanne zobaczyć na jedynym w Polsce koncercie z tym materiałem, a przed koncertem spotkaliśmy się z artystką. Jako, że była to już jest trzecia jej wizyta w Polsce, kolejnych koncertów prędzej czy później możemy się spodziewać, a tymczasem zapraszamy do lektury wywiadu.

Twój nowy album Featherbrain wyróżnia się akcentowaniu eksperymentalnych, niepiosenkowych składników, z których utkane są piosenki, szczególnie w porównaniu do bardziej rockowej płyty Blood from a Stone. Czy jest on dla Ciebie otwarciem nowego rozdziału czy może raczej ekstrakcją i uwypukleniem elementów rozwijanych na wcześniejszych płytach, ale mniej widocznych?

Sama nie wiem dlaczego, ale myślę o tej płycie bardziej jak o zamknięciu poprzednich trzech albumów. Na pewno wydam jeszcze parę płyt w życiu, to jeszcze nie jest koniec, ale patrzę na te cztery płyty jako na całość, jako na jeden rodzaj muzyki. Wydaje mi się, że są ze sobą spójne, powiązane. Myślę, że Featherbrain podsumowuje wszystkie dotychczasowe płyty. Użyłam na niej wielu elementów z poprzednich albumów, jak na przykład dźwiękowe pejzaże czy znalezione dźwięki z Little Things, czy liryczną atmosferę z Rykestraβe 68. Z kolei z Blood from a Stone zachowałam styl, który nie jest już ani jazzujący ani elektroniczny, raczej bardziej eksperymentalny.

Osobiście jestem związana z jazzem, ale już mam potrzebę, by nie zawierać zbyt wielu oryginalnie jazzowych elementów w mojej muzyce, czego jeszcze nie miałam gdy nagrywałam Little Things, a nawet w Rykestraβe 68. Na Blood from a Stone słychać już bardzo dobrze, że odeszłam daleko od jazzowych piosenek, bardziej w kierunku indie rocka. Myślę, że największą częścią mnie jest moje wychowanie i wykształcenie. Moi rodzice są klasycznymi muzykami, sama śpiewałam klasykę, więc ma to duży wpływ na to jak komponuję. I chociaż efekty końcowe nie są muzyką klasyczną, to jednak mogę dostrzec wiele z niej w moich kompozycjach. Czuję, że klasyka jest mi bardzo bliska, ale mieszam ją z popem i innymi inspiracjami. Właśnie łączenie muzyki tak jak mi pasuje mnie zajmuje, lubię odkrywać i eksperymentować z nową muzyką.

Pomiędzy Blood a the Stone a Featherbrain zaśpiewałaś gościnnie na płycie zespołu Huntsville. To jedna z moich ulubionych płyt 2011.

Serio? Ich gitarzysta, Ivar, gra w moim zespole.

Właśnie. Na Featherbrain znajduje się utwór „Too Good to Be Good”, który moim zdaniem bardzo przypomina Huntsville, szczególnie w sposobie użycia repetycji i hipnotycznej atmosferze. Czy jest to rodzaj wzajemnej inspiracji, wzajemnych oddziaływania projektu Twojego i Ivara?

Nie wiem, nigdy nie myślałam w ten sposób. Ale masz rację! Ta piosenka jest podobna do stylu Huntsville. Co prawda oni używają tych indyjskich urządzeń wybijających rytm, których nazwy teraz nie pamiętam [elektroniczna tabla – przyp. red.], moje rytmy są z syntezatorów Casio, ale są podobne, piosenka rozwija się w zbliżony sposób. Masz rację. Ale wcześniej o tym nie myślałam, nawet Ivar nie zwrócił mi na to uwagi, nawet będąc gitarzystą w moim zespole.

Pracujesz od jakiegoś czasu z Kåre Vestrheimem i Ivarem. Jak ważna jest dla Ciebie ta współpraca w zasadniczo solowym projekcie, na co ona pozwala?

Od samego początku współpracuję głównie z Kåre. Jeśli chodzi o mój solowy projekt, to właściwie we dwoje pracujemy nad dźwiękami, nie udałoby mi się to samej. Zapraszam też różnych muzyków. Ivar był kluczową postacią na ostatnim albumie, ale muzykę tworzymy z Kåre, my decydujemy o dźwiękowym pejzażu, o tym co dodać, a co wyciąć. Komponuję piosenki i mam wizję tego, jakie mają być. Przeważnie, gdy mam już sprecyzowaną wizję albumu w głowie, zapisuję to wszystko, tak jakbym tworzyła świat przy pomocy słów. Potem opowiadam o tym Kåre, pokazuję mu moje szkice, a on pomaga mi zrealizować ten świat i zamienić go na dźwięki. Pomaga mi z instrumentami i ekspresją, mówi też co jego zdaniem należy zmienić. Współpraca z nim od dawna jest dla mnie bardzo ważna, jesteśmy coraz lepsi, znamy się bardzo dobrze. Jest to dla mnie dobra zabawa, ale zarazem rozwijająca we właściwym kierunku. Oboje wyrośliśmy już z „dziecięcych chorób”, dotarliśmy do rdzenia naszej pracy. 

Twoje płyty powstają w różnych miejscach. W poprzednim wywiadzie dla nas powiedziałaś, ze następny album nagrasz w Nowym Jorku, co Ci się udało. Ale kiedy słucham Featherbrain, nie brzmi on jak nowojorski album. Velvet Underground jest nowojorski, Sonic Youth też. U Ciebie nie ma nic, co przekrzykiwałoby hałas miasta, nie ma tłumu i ruchu. Czy Nowy Jork miał jakiś wpływ na kształt albumu, czy to był po prostu okazją do odseparowania się od swojego codziennego otoczenia?

Po pierwsze, ta płyta nie została nagrana w Nowym Jorku, została tam skomponowana, to zasadnicza różnica. Zawsze nagrywam swoje albumy w Oslo w studio Kåre. Może gdybym skorzystała z nowojorskich studiów czy z pomocy tamtejszych producentów, to płyta brzmiałaby bardziej nowojorsko. Myślę, że jest cała masa muzyki pochodzącej z Nowego Jorku i nagranej tam, która wcale nie brzmi tak, jak ludzie sobie wyobrażają, gdy mówisz im, że nagrywasz w tym mieście. W Nowym Jorku mieszka wiele osób, jest tam również wiele różnych stylistyk, gatunków, wpływów. Mam wrażenie, że gdziekolwiek nie jestem, przebywam przede wszystkim we własnym świecie. Jeszcze zanim pojechałam do Nowego Jorku, wiedziałam, jaki rodzaj muzyki chcę napisać. I nawet będąc tam, stworzyłam sobie rodzaj własnej szklanej kuli, siedziałam w pokoju, oglądałam ogródek, gdzie bawiły małe kotki, słuchając kosiarki w ogródku. Więc to nie było tak, że siedziałam na szczycie Nowego Jorku i obserwowałam życie miasta i czerpałam z niego inspirację. To nie było celem mojej podróży. Byłam ciekawa, jakich ludzi spotkam, ale za dnia chciałam skomponować swój materiał. W ciągu dnia pisałam muzykę będąc zupełnie odcięta od reszty miasta, nawet do końca nie czułam, że jestem w Nowym Jorku, bardziej czułam, że jestem we własnej atmosferze. A wieczorami albo miałam występy, albo spotykałam się z ludźmi, zaprzyjaźniałam się z nimi.

Skąd biorą się pomysły dotyczące tych wyjazdów? Czy to jest spontaniczne, intuicyjne, czy masz na to jakiś większy plan?

To zależy. Zresztą, to nie ma większego znaczenia, gdzie pojadę. Jeśli chodzi o Nowy Jork, to z wielu powodów ten wybór był dla mnie praktyczny. Chciałam zobaczyć, co z tego wyniknie, kiedy poznam nowych ludzi i spotkam bezpośrednio tych, których już znam. Nowy Jork jest bardzo przydatnym i ważnym miastem dla artysty, dla jego rozwoju. To ważne by mieć kontakt z tym miastem, dużo się tam dzieje. Więc to był główny powód, a nie zebranie inspiracji do moich kompozycji. To akurat było tam najtrudniejsze, żeby zdobyć wystarczająco dużo spokoju i się skupić, znaleźć natchnienie do pisania muzyki. Naprawdę potrzebuję spokoju i dlatego wyjeżdżam. Gdy komponuję, najgorsze dla mnie jest znalezienie się w swoim codziennym otoczeniu i sytuacjach. Codzienna rutyna, codzienny hałas, wszystko co normalne mi nie służy, ponieważ wtedy nie mam natchnienia, nie potrafię złapać kontaktu ze sobą i swoją ekspresją. Muszę przede wszystkim wydostać się poza swoją bezpieczną strefę, by poczuć coś innego, więc to gdzie w tym celu pojadę, nie jest już tak istotne.

Featherbrain promowane jest przez utwór „My Devils”. Jest to równocześnie najbardziej chwytliwa piosenka i najbardziej przygnębiająca na płycie, z bardzo znaczącym w kontekście całej płyty tekstem. Czy nie jest to nieco dziwny wybór singla? Dlaczego akurat ta piosenka?

Ciekawe pytanie. Sama ją wybrałam, ponieważ wydaje mi się najważniejsza na płycie. Również kiedy pytałam ludzi zajmujących się projektowaniem moich okładek i kręceniem klipów, do której piosenki chcieliby nagrać teledysk, wybrali „My Devils”. To był więc główny powód i do tej piosenki powstał teledysk. Częściowo jest to więc również przypadek. Tak wyszło.

W Twojej muzyce głos jest bardzo ważny, ale równocześnie większość dźwięków tworzona jest za pomocą rąk. Szczególnie na Featherbrain bardzo dużo dźwięków wynika z klaskania, szurania, uderzeń w różne przedmioty, a nawet graniem na nich smyczkiem, a w ogóle nie ma instrumentów dętych. Czy uważasz, że w Twojej muzyce jest wyraźny cielesny aspekt, związany z wykorzystywaniem rąk?

To ciekawe, nigdy bym nie przypuszczała, że ktoś pomyśli o tym w ten sposób, zauważy tę wibrację czy życzenie. Myślałam, że to po prostu mój pomysł, który tylko pomyślałam i nie zdecydowałam się zrealizować. Miałam takie życzenie, wręcz myślałam o nagraniu albumu złożonego tylko z dźwięków tworzonych ciałem, z klaskania, głosu, itd. Miałam taki pomysł i może go kiedyś zrealizuję. Najwyraźniej to życzenie się ujawniło, chociaż nie miałam takich zamiarów, nie wiedziałam, że je wyrażam. Prawdopodobnie samo to wyszło na powierzchnię.

[Piotr Lewandowski]