napszykłat
Musicaction
Kristen
Niechęć
27. Dni Sztuki Współczesnej - scena muzyczna
Strefa CSW - koncerty majowe
Plum
Maszyny do słuchania
Green ZOO Festival
ATP I'LL BE YOUR MIRROR London 2012
Primavera Sound 2012
LDZ_2.0
Rock for People 2012
Pohoda Festival 2012
Dour Festival 2012
OFF Festival 2012
Flow Festival 2012
ATP curated by The National



Postrzeganie ciągłych zmian jako warunku koniecznego rozwoju to aksjomat współczesnej kultury zachodniej. W muzyce tradycyjnej nikt o nim nie słyszał. Podobnie jest z regułą przypisania utworu do konkretnego wydawnictwa. Historia kongijskiego kolektywu Konono no. 1 dobitnie to unaocznia, ze wszystkimi plusami i minusami. Ich spektakularne zaistnienie w globalnej świadomość nastąpiło po ponad dwóch dekadach działalności, za sprawą płyty otwierającej pięć lat temu cykl „Congotronics” w wytwórni Crammed Discs. Kompozycje, wywodzące się z korzennej muzyki i melodyki, oparte na wielowątkowym rytmie likemb i bębnów, wynikały z niekończących się, transowych jammów. Szokowały też sonicznym uniwersum, generowanym przez budowany przez lata na ulicy system nagłaśniający. Zniekształcone, agresywne brzmienie wyznaczało płaszczyznę łączącą Konono z innowatorami muzyki zachodniej (koncerty bądź nagrania z Tortoise, Bjork, The Ex, The Dead C), a rytmika pokazywała, że do struktur muzyki elektronicznej można dotrzeć z zupełnie innych pozycji wyjściowych. Pierwsze „Congotronics” i „Live At Couleur Cafe” z 2007-ego roku ukazywały tę intensywną, chwilami przytłaczającą, ale nieodłącznie zgrabną muzykę z bliska, w całym jej szorstkim pięknie.
Wprowadzeniem nowości na kolejnej płycie martwili się nie tyle Konono i ich lider Mingiedi, co Vincent Kenis, prowadzący afrykańskie wydawnictwa w Crammed Discs. Kenis postanowił Konono nieco złagodzić, instrumentarium uwspółcześnić, a zespół po raz drugi zabrać do studia. Nie wszystkie pomysły udało się zrealizować, jak ten dotyczący współpracy Konono z Paulem Mwanga, ichniejszym Krzysztofem Krawczykiem. Jednak na płycie znajdujemy krótsze, bardziej sentymentalne i ciche utwory, zagrane i zaśpiewane przez Mingiedi’ego solo, a kolorystyka charakterystycznych, 10-minutowych transów jest bardziej pastelowa za sprawą gitary elektrycznej i basowej. Przez próby modyfikacji stylistyki huragan Konono trochę zwalnia, ale chyba nie mogło być inaczej – ostatecznie brzmienie, kompozycje i trans powstawały w kompletnym zespoleniu przez lata na ulicach Kinszasy.
Jeśli nie miało się wcześniej kontaktu z Konono no. 1, „Assume Crash Position” jest dobrym punktem startowym i pretekstem do sięgnięcia po starsze, bardziej bezkompromisowe nagrania. Bowiem nawet tutaj Konono no. 1 są, intensywnym zespołem, unikatowym nie tylko w skali eksportowanej muzyki afrykańskiej. Jeśli jednak zna się wcześniejsze płyty, nowa trochę rozczarowuje – europejska koncepcja rozwoju nie do końca się sprawdziła.
[Piotr Lewandowski]