polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Arnaud Rebotini wywiad

Arnaud Rebotini
wywiad

Arnaud Rebotini to francuski muzyk, lider grupy Black Strobe, który pod własnym nazwiskiem nagrywa muzykę łączącą techno, elektro i krautrocka w sposób całkowicie instrumentalny, opierając się na klasycznych syntezatorach sprzed trzech-czterech dekad. Dzięki temu w wyjątkowy sposób osiąga muzykę, która równocześnie ma taneczny potencjał i fascynujące brzmienie, zwłaszcza na żywo, gdy Rebotini otoczony baterią syntezatorów gra improwizowane techno. Mogliśmy się o tym przekonać też w Polsce, gdy Arnaud zagrał na drugich urodzinach cyklu Tour de France w Warszawie. I wtedy udało nam się z nim porozmawiać.

Twoje występy na żywo traktuję jak „koncert”, ale dziś grałeś w ramach imprezy, na której pozostałe live-acty sprowadzały się do wykorzystania laptopa. Pewnie często tak jest. Jak sam postrzegasz swoje występy? Jak część tanecznej imprezy czy jak koncert?

Coś pomiędzy. Gram muzykę techno, do której możesz tańczyć, więc jest to rodzaj imprezy, ale sposób w jaki to robię sprawia, że wygląda on jak koncert – nie używam laptopa, wszystko gram na żywo. Dlatego ludzie, którzy nie mają ochoty tylko tańczyć, przychodzą na te imprezy i wiedzą, że spotkają również coś innego, pewnego rodzaju występ.

Co sprawiło, że „przesiadłeś” się z laptopa na analogowe technologie?

Nastąpiło to po trasie Black Strobe z płytą „Burn Your Own Church”. Grałem wtedy koncerty z perkusistą i doznałem tego niesamowitego uczucia grania na żywo. Chciałem pójść dalej w tym kierunku, grając muzykę taneczną i techno w poczuciu zupełnej wolności, bez pieprzonego laptopa. Grając bit chciałem, by był mój. Po trasie Black Strobe w 2006 zacząłem poważnie o tym myśleć. Co zabawne, na początku lat 90tych zacząłem robić techno w ten właśnie sposób. Występowałem w gejowskich klubach grając na takich maszynach.

Czy uważasz, że granie muzyki tanecznej na analogowym sprzęcie sprawia, że komponowanie jej staje się bardziej instynktowne, emocjonalne, mniej intelektualne i rozplanowane niż w przypadku używania laptopa?

Laptop może służyć do tworzenia muzyki, ale zarazem służy do wysyłania e-maili. Do swojej muzyki używam klasycznych urządzeń, które były stosowane w pierwszych nagraniach techno, new wave, idm, wczesnej muzyce elektronicznej. Każdy syntezator, którego używam ma już swoje miejsce w historii muzyki. Oczywiście można na nim zrobić fajną muzykę i sam często używałem komputera w Black Strobe. Ale teraz czuję, że to nie jest właściwy sposób. Zdecydowanie wolę grać tak jak dzisiaj, chociaż nie wychodzi to tak idealnie, jak gdy grasz z laptopa, kiedy wszystko brzmi perfekcyjnie, jak w studio. Wolę coś innego. Dzisiaj zaprogramowałem kilka rytmów i poza tym głównie improwizowałem.

Tak, zauważyłem. Większość tego co grałeś brzmiało jak improwizacja – były fragmenty utworów, ale tylko tyle, aby rozpoznać dany kawałek.

Tak, w tym tkwi dla mnie idea grania na żywo.

W zeszłym roku widziałem Twój występ w Berlinie z wizualizacjami, których teraz w Warszawie nie było. Wyjaśniały one, jakiego sprzętu używasz, tłumaczyły w jakich latach dany syntezator produkowano, jakie są jego możliwości techniczne, kto go wykorzystywał w przeszłości. Mam wrażenie, że dla osób przyzwyczajonych do występów laptopowców te wizualizacje niejako odczarowują Twoje instrumentarium, kiedy ludzie się dowiadują, że tych samych klawiszy do linii basu używało np. Depeche Mode. Co Cię skłoniło do takiej oprawy wizualnej?

Lubię styl i ideę muzyki industrialnej, w 2008 nagrałem płytę „Music Components”, jej okładką była instrukcja obsługi jednego ze sprzętów. Dodaliśmy do płyty informację o wszystkich urządzeniach, których używaliśmy. Ten sam pomysł wykorzystaliśmy na koncertach. Może niektórzy są znudzeni zagadnieniami techniki i sprzętu, ale dla mnie to naprawdę frapujące, gdy widzisz kolesia na scenie grającego na tych maszynach i wiesz, że jakiś zespół używa tych samych, a jest tylko dziesięć tysięcy takich instrumentów na świecie. Kocham te maszyny, uwielbiam na nich grać. Podoba mi się też ukazywanie ich w czarno-biały sposób, jak z instrukcji obsługi. To oddaje postawę artystyczną, niemal jak u konstruktywistów. Muzykę techno nazywamy tak a nie inaczej, ponieważ jest muzyką technologii. Mam wrażenie, że wszyscy o tym zapomnieli. Więc używam technologii, używam maszyn, które są częścią mojego brzmienia.

Kilka miesięcy temu na Unsound Festival widziałem Model 500, którzy co prawda mają laptopy, ale syntezatory też i Juan Atkins śpiewa na żywo. Miałem wrażenie, że ten żywy aspekt ich występu bardzo się publiczności podobał, przykrywał nawet pewną archaiczność form. Ale jednak nie widać nigdzie desantu muzyków grających muzykę taneczną analogowo.

Wiesz, syntezatory vintage nigdy nie były tak drogie jak teraz. Kiedy zaczynałem je zbierać jakieś cztery czy pięć lat temu ludzi mówili mi „zwariowałeś, po co zabierasz takie graty do domu?”. A teraz widzę, że bardzo dużo ludzi interesuje się muzyką analogową, a na e-bay’u ceny instrumentów szybują.

Czy sam sprzęt wpływa na formę Twojej muzyki? Na tle „Music Components”, „Somone Gave Me Religion” jest płytą bardziej różnorodną, od kraftwerkowego intro, przez raz lekkie, raz bardzo ciężkie momenty w środku, po psychodeliczne zakończenie. Czy w jakimś stopniu wynika to z odkrywania nowych instrumentów i brzmień?

W przypadku „Music Components” chciałem po prostu zrobić płytę techno, we właściwy dla siebie sposób. Zastanawiałem się wtedy, czym jest techno. Na drugiej płycie zadałem sobie to pytanie inaczej – czy techno jest jak krautrock, jak Tangerine Dream, Kraftwerk (chociaż w przypadku Kraftwerk łatwiej to dostrzec), albo jak Cluster wzmocnione rytmem disco. Chciałem, by mój nowy album był trochę bardziej abstrakcyjny, z wyraźnym wpływem krautrocka i ambientu. By to osiągnąć wybrałem konkretne urządzenia. Użyłem więc więcej instrumentów z lat 70tych, a na „Music Components” raczej tych lat 80tych, bo takie brzmienie chciałem osiągnąć, to jest dla mnie właściwe techno. Więc zależność pomiędzy urządzeniami jakie wybierasz, a albumem jaki na nich nagrywasz istnieje, ale tak naprawdę to jest twój wybór.

W grudniu ubiegłego roku minęło 30 lat od nagrania „E2-E4”, przełomowej płyty, na której słychać techno, house, minimal rock itd. Manuel Göttsching nagrał ją za jednym podejściem, wszedł do studia i po prostu grał przez godzinę. Czy Ty masz podobne podejście do tworzenia w studio?

Gdy nagrywałem „Music Components”, robiłem w studiu dwie sesje po godzinie. Jedną godzinę wysłałem mojemu agentowi i jemu się to tak sposobało, że zechciał wydać album. Więc nagrałem go prawie jak Göttsching. Teraz jest to bardziej skomplikowane. Jest dużo improwizacji. Kiedy gram na żywo, zwykle w większości improwizuję i czasami wpadam na momenty, kiedy mówię „wow, ta sekwencja jest dobra, spróbuję coś z niej zrobić” i ona staje się punktem wyjścia.

Moim zdaniem muzyka elektroniczna ma ostatnio obsesję na punkcie czasu. Z jednej strony tzw. „nowe rzeczy” szybko przychodzą i odchodzą, wszystko jest niby takie „efemeryczne”. Ale z drugiej strony, jest zapatrzona w przeszłość – Zomby nawet wydał album pt. „Where Were You in '92?”. Twoje instrumentarium, brzmienie i muzyka odwołują się do klasycznych zjawisk, nie wydaje mi się, żebyś starał się gonić za tymi nowościami. Interesuje Cię bardziej ponadczasowy element muzyki elektronicznej?

Ale w muzyce elektronicznej nic nowego się nie wydarza. Jako nastolatek przeżyłem dwa przełomy w muzyce. Pierwszym był ekstremalny metal jak Napalm Death, ten rodzaj grindcore'u, granie ekstremalnie szybkie, do granic możliwości, a drugim muzyka techno. Potem nie było już nic nowego, może jungle, ale jungle i dubstep to ten sam rodzaj muzyki. Teraz mam czterdzieści lat i nie chcę być facetem, który mówi, że dubstep jest niesamowity. Kiedy był czas jungle, wszedłem w to i miałem w domu ze sto 12-calówek z jungle i drum’n’bass. Słuchałem tych nagrań i niektóre były ciekawe, ale większość była słaba, dziś to widać wyraźnie. A teraz nie jestem fanem dubstepu. Wiem, że moja muzyka to nie będzie żadne następne „odkrycie” na scenie elektronicznej, ale nie o to mi chodzi. Wolę być kolesiem grającym techno na vintage’owych syntezatorach i moim zdaniem za sto lat to będzie nadal działało, bo ma dobrego kopa, bujające basy. Na mnie to działa. To trochę jak z AC/DC – jeśli czujesz bluesa i rocka, to możesz się w AC/DC naprawdę wkręcić – ale techno. Nie mam nic przeciwko dubstepowi, ale kiedy rozmawiam z nowymi dj'ami, wszyscy mówią o Drexciya czy Underground Resistance. Odpowiadam im wtedy „hej, masz 20 lat, ja tego słuchałem jak byłem w twoim wieku.” Gdy Rozmawiam z nimi o sprzęcie, to jarają się, że używam takiego albo innego syntezatora. No tak, wielkie halo. Nie twierdzę, że dubstep jest teraz komercyjny, a granie tak jak ja – awangardowe. Po prostu zdecydowanie wolę grać techno tak, jak gram.

[Piotr Lewandowski]