polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Low The Invisible Way

Low
The Invisible Way

Teksty Low nie raz balansowały na granicy poezji i grafomanii, ale jeśli otwierający płytę utwór kończy się słowami „well maybe you should go out and write your own damn song and move on” to mam wrażenie, że Low właśnie nagrali swojego teksańskiego. I po raz pierwszy mam wrażenie, że naprawdę wiele osób mogłoby wstać i zagrać nie gorzej. W zespole operującym tak skromnymi środkami i mocnymi emocjami jak Low, najważniejsze są detale, odcienie i akcenty – przecież tak naprawdę piosenkę to oni grają jedną i tę samą od początku, czyli od dwudziestu lat. I chyba nadmiernie poddali się rocznicowemu nastrojowi. Od mniej więcej dekady w ich muzyce był obecny większy rozmach, czasem w postaci bardziej rockowych, raz bardziej elektronicznych odchyleń. Tym razem można by rzecz, że w wielu miejscach jest to powrót do korzeni – wolnych, delikatnych utworów o skromnej palecie brzmienia – gdyby nie fakt, że oznacza to na pół akustyczny, pastelowy sentymentalizm.

Weźmy takie „Amethyst”, utwór o doskonałej podstawie basowo drżącego fortepianu, ale tak przesłodzonej gitarowej partii i melodii prawej dłoni pianisty, że może i Kydryński wziąłby go na playlistę. „Holy Ghost” z gitarą akustyczną i głosem Mimi Parker na pierwszym planie oraz folkową dramaturgią utworu, zdaje się ukłonem w stronę Joan Baez, ale takim bardziej z kolacji charytatywnej niż z Newport. Chwilę później w „Clarence White” gitara akustyczna i głos Sparhawka płyną na zapętlonym, radosnym klaskaniu, brakuje tylko, by ktoś zakrzyknął „sing along”. „Mother” to już po prostu sentymentalny kicz, taki, przy którym Amerykanie wstają, spoglądają na flagę, zdjęcie ojca / dziadka z Wietnamu i ronią łzę. „On My Knees” to odwołująca się do country piosnka, na pokaz skontrowana pozornym gitarowym uderzeniem, któremu jednak też wygładzono wszelkie szorstkości, a zamykające ją, powtarzane „happy birthday” to już strzał w stopę. Czyżby zespół sam sobie złożył życzenia? Ok., szkoda tylko, że słuchaczom sprawił dość marny prezent.

Być może za tym lukrem i otępiającym twórczy instynkt błogostanem, który psuje też pozostałe, solidne piosenki, częściowo stoi producent Jeff Tweedy – przyznam, że współczesne Wilco to dla mnie symbol pustego kunsztu, dopieszczania brzmień i aranżacji, w których można się „zasłuchać”, ale z których mało co wynika. Ucieleśnienie dad rocka w kapciach na niedzielne popołudnie. Może, ale to żadne pocieszenie. Nie należę bynajmniej do osób, które uważają, że Low to się skończył jeszcze przed Things We Lost in the Fire, przeciwnie, ostatnie kilka lat mocno ugruntowało moją sympatię do nich. Ale niestety na The Invisible Way przejmującą prostotę zastąpiło irytujące rozmemłanie.

[Piotr Lewandowski]

recenzje Brant Bjork & The Low Desert Punk Band w popupmusic