polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Duane Pitre Bridges

Duane Pitre
Bridges

Z perspektywy czasu widać wyraźnie, że Feel Free było płytą genialną. Choć na pierwszy rzut oka (słusznie zresztą) umieszczoną w nurcie kontynuacji minimalizmu, to jednak wyjątkową – pobrzmiewał w tej muzyce i La Monte Young, i Morton Feldman, a połączenie instrumentów akustycznych z komputerem oraz kompozycji z przypadkowością było błyskotliwe za sprawą losowego generowania tonów i skoncentrowanej improwizacji wokół nich. Bridges jest z jednej strony kontynuacją, z drugiej swoistym zejściem na ziemię. Gra mniejszy skład (trio), eksponujący instrumenty strunowe w stroju naturalnym, z dyskretnym (i sporadycznym) saksofonem i elektroniką zsuniętą na dalszy plan. Materiał wydaje się bardziej skomponowany, ale bardziej ascetyczny zarazem, utwory czasem wydarzają się w dronach, czasem koncentrują się na skoncentrowanej grze po strunach i niemal liturgicznym wybrzmiewaniu dźwięków – hipnotyczne odmierzanie upływu czasu na tureckiej lutni w „Aether” przywodzi wręcz na myśl najbardziej skupione, surowe utwory Wissema. Pitre operuje tradycyjnymi środkami minimalizmu – wydłużaniem dźwięków, wybrzmiewaniem strun – ale w sposób nietuzinkowy, choć nie na pokaz; zbijający z pantałyku, a zarazem spowalniający czas, wewnętrznie spokojny. Z jednej strony skupia się na detalach i mikroskopijnych zmianach, z drugiej strony, jego muzyka ma w sobie napięcie, w którym jest dalekie echo z rocka, czy też math-rocka. W tym przypomina mi zresztą dużo głośniejszego Roberta Piotrowicza, u którego gdzieś pobrzmiewają echa ciężkiej muzyki gitarowej. Być może jest tak, że Bridges pozbawione kontekstu Feel Free będzie się wydawać trochę wprawką, ćwiczeniem, ale fakt, że Pitre tworzy już sam sobie kontekst świadczy o jego klasie.

[Piotr Lewandowski]