polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Pulsarus Bee Itch

Pulsarus
Bee Itch

Pięć lat temu albumem FAQ dokonał Pulsarus dość wyraźnego zwrotu w stronę bardziej kontrolowanego, uporządkowanego brzmienia. Dzisiaj znów zdaje się trzymać tego kursu, ale na swoim najkrótszym nagraniu (choć to wciąż prawie godzina muzyki) wykonuje kolejny krok naprzód. Wkraczający w drugą dekadę swojego istnienia zespół Dominika Strycharskiego to już właściwie septet, bo skład rozszerzony o dobrze w większości znane nazwiska (Tomasz Dąbrowski, Ray Dickaty, Jacek Mazurkiewicz, Stefan Orfins) jest czymś więcej niż bazowym triem uzupełnionym o udział gościnnych muzyków. Słychać dobrze dobrany zespół, ciekawy poprzez swoją różnorodność, który z wyczuciem wpisuje się wizję zespołu, a na brzmieniu całości odciska bardzo wyraźne piętno. Strycharskiemu wyszła bardzo dobrze jeszcze jedna rzecz – kompozycyjne ryzy, w jakich utrzymane jest brzmienie zespołu, nie przeszkodziło w nadaniu całości świeżości, mocy i wręcz huraganowej siły, bo chociaż to w znakomitej większości skomponowany album, to nieszablonowy, pełen wyrazistości i niepozbawiony szaleńczej wywrotowości.

Bee Itch to też album ciekawych kontrastów. Otwierający płytę „Imagine”, ukazujący zdecydowanie najbardziej liryczne i łagodne wcielenie Pulsarusa, jest tutaj nieco zwodniczy, bo wraz z drugim w zestawie, znakomitym „Guff” zespół przechodzi do mocnego, zmasowanego uderzenia. Jest nieobliczalność, niemal bigbandowe kopnięcie, a karkołomne partie instrumentów dętych i szalone zwroty akcji tylko potwierdzają, że towarzyszący nagraniu kompozycyjny rygor absolutnie nie jest tutaj ograniczeniem. Trzeci na płycie „Isogriv 1” to z kolei bardzo swobodne, rozimprowizowane granie, wzbogacone o wyraźne elektroniczne eksperymenty Strycharskiego: to krótsza struktura, która pod kolejnymi trzema numerami w tytułach będzie pojawiać się do końca płyty i stanowić przeciwwagę dla bardziej ułożonych kompozycji. Nadaniu sporej ilości barw, jak i uwydatnieniu tych kontrastów, przysłużył się udział zaproszonych muzyków – siła ognia instrumentów dętych stała się w przekroju całości kluczowa, a akustyczna głębia dodała nowych barw w starciu z elektronicznymi manipulacjami. Sekcję rytmiczną wzmocniło, wraz z kontrabasem, brzmienie klawiszy, najczęściej z drugiego planu spinających całość, a w kompozycji „Ataraxia” (jeszcze jednej dość łagodnej) nadających trochę niepokojącego, hipnotycznego pulsu. Klimat Bee Itch determinuje z jednej strony chłodne, intelektualne granie, z drugiej potężna, soczysta energia i uderzenie właściwe rockowemu bandowi podparte wyczuwalną chemią, która w efekcie z zimną kalkulacją nie ma nic wspólnego. Owocem tej współpracy jest album zaplanowany i kontrolowany, ale pełen swobody i wyrazistej mocy; bogaty brzmieniowo, ale nie przeładowany; silnie angażujący intelekt, ale i rozbudzający emocje. Bardzo dobry, zaskakujący powrót.

[Marcin Marchwiński]