polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
The Complainer wywiad z Wojtkiem Kucharczykiem

The Complainer
wywiad z Wojtkiem Kucharczykiem

Wojt3k Kucharczyk, szef prężnie działającej wytwórni Mik.Musik.!., a jednocześnie jeden z najbardziej barwnych i utalentowanych twórców jacy pojawili się na polskiej ziemi niedawno wydał niezwykle ciekawy album pod szyldem The Complainer. Na co narzeka i z czego jest dumny bohater wielce pochlebnych artykułów w prasie zagranicznej? Tego mniej więcej chciałem się dowiedzieć z poniższej rozmowy.

Czas chyba trochę ponarzekać. Kręcisz czasem nosem nad swoją ostatnią płytą?

[Wojtek] Haha, wiesz, to pierwsza moja płyta nad którą nosem naprawdę nie kręcę. W końcu zrobiłem to co chyba od dawna chciałem. Nie siliłem się na jakieś awangardy dla znawców tylko zebrałem to co lubię, zawsze lubiłem, i zrobiłem z tego ten zestaw. Może tylko mogłem więcej wokali włożyć, teraz w wersjach koncertowych w zasadzie każdy kawałek już jest wokalny. No ale ciągle się rozkręcam, gdy pracowałem nad tą płytą widać jeszcze jakieś opory chyba miałem. Teraz już wkładam wszystko co wydaje mi się w danym momencie na miejscu, coraz mniej kalkuluję. Zastanawiałem się też, czy w czasie dość sporej popularności "eighties" taka płyta nie będzie uznana za jakąś tam koniunkturalną, ale machnąłem na to ręką, bo ja właśnie wtedy zdobywałem świadomość muzyczną, i to na zawsze we mnie zostanie, nie wstydzę się tego, zawsze będę wolał Ultravox od dajmy na to Johna Zorna, zawsze wybiorę sekwencerowy bas a nie gitarowe solo. I ciągle najważniejszym zespołem dla mnie jest Talking Heads. A z "czarnej" muzyki Prince. Z hiphopu De La Soul. Na co tutaj narzekać?

A nawiązując do recenzji niektórych, jeśli by ktoś pytał - bardzo podoba mi się LCD Soundsystem, ja nie staję tej modzie na przekór, moglibyśmy pewnie grać razem koncerty, pasowałoby i też nie są wobec 80tych koniunkturalni, dobrze wyciśnięta kwintesencja. Podobnie ostatnia płyta The Soft Pink Truth. Zabawne, że to podobne podejście. Widać taka wibracja gdzieś w powietrzu wspólna. To taka lekka dygresja o kręceniu nosem.

Pytam o to, bowiem jesteś produktywnym artystą i podejrzewam, że przy każdym kolejnym projekcie czymś chcesz zaskoczyć. W związku z tym, masz pewnie wobec siebie -pod względem muzycznym i producenckim- określone wymagania.

[Wojtek] Nie wiem czy można tak powiedzieć, że zawsze chcę zaskoczyć. Ja coraz bardziej robię swoje, nie oglądam się na innych. Zawsze uważałem, że najlepszym co można zrobić w sztuce, to walczyć o swoją odrębność (można czytać ewentualnie jako oryginalność). Do każdego nowego projektu dobieram temat, którym się ma zająć, bo nie może być tak, że każdy projekt zajmuje się wszystkim, to byłoby niejasne dla mnie, nie wiedziałbym od czego zacząć, i dla odbiorcy - zgubiłby się od razu. Może właśnie dlatego, że The Complainer tak jasno pokazuje nawiązania - niektóre, pewnie najważniejsze są wypisane nawet na okładce, słuchacze tak żywo reagują, bo szybko potrafią rozkodować o co chodzi. Jedni uważają to za pastisze, inni za hołdy. A pewnie prawda jest gdzieś pośrodku.

To że moje projekty często między sobą tak mocno się różnią wynika z tego, że mnie bardzo wiele rzeczy interesuje, cały świat mnie pociąga i wszelakie jego aspekty. Myślę, że następnym krokiem, kiedy już oddałem sprawiedliwość epoce w której spędziłem młodość, będzie powrót do moich folkowych zainteresowań. Mam tu na myśli folk muzykologiczny, nie popowy. Elektronika straciła moje zainteresowanie, choć pewnie tylko na jakiś czas. Wolę staruszka z Wysp Bahama śpiewającego o swojej łodzi niż wypasione procesory. W tym wszystkim poszukuję balansu. Jestem też podróżnikiem, najchętniej przemieszczam się między wyspami, bo wyspy najdłużej zachowują swoją odrębność. Mam nadzieję znaleźć nieznane gdzie indziej okazy muzycznej (i nie tylko) flory i fauny. Zaginione lub nie odkryte gatunki mile widziane.

Co do produkcji w sensie zawodowym - jasne, że wymagania rosną, bo rośnie wiedza. To chyba dobrze słychać po mikowych płytach, że są coraz lepiej "zrobione", coraz pełniej brzmią. I za każdym razem zaznaczam, że ciągle jest to robione na domowym sprzęcie, bo jak wiesz jak, to więcej nie jest potrzebne. Dla producenta najważniejsze jest ucho a może nawet nie ucho, tylko to co potrafi nim usłyszeć. Tak jak pływak olimpijczyk potrafi dłużej i dalej, tak trenując słuch słyszysz więcej i dokładniej, nawet jeśli pierwsze oznaki zużycia staja się powoli wyczuwalne (śmiech).

A powiedz czy płycie "Sponsored by retro*sex*galaxy" towarzyszył jakiś specyficzny proces czy jakieś wydarzenie rozgrywające się równolegle w twoim życiu?

[Wojtek] Teraz się może wydawać, że sposób był specyficzny. Przez około dwa lata zbierałem rożne fragmenty i pomysły, nie za bardzo myśląc o tym, żeby robić nową płytę. Nie miałem jej w planie, chciałem sobie dać więcej wolnego czasu na spokojne poszukiwania. I potem tak się jakoś stało, że w ciągu miesiąca przyglądnąłem się temu całemu zbiorowi dźwięków, dorobiłem sporo nowych, i płyta się zrobiła po prostu sama. Na zupełnym luzie, bez żadnych presji i oczekiwań. To bardzo miłe uczucie, kiedy w krótkim i zauważalnym czasie widzisz jak z magmy i lawy powstaje zgrabna rzeźba. Technicznie ciekawostką może być to, że niektóre ścieżki z komputera zgrywałem na analogową taśmę i potem z powrotem do kompa. Chciałem osiągnąć mniej cyfrowe brzmienie, żeby był słyszalny czasem w tle taki miły szum, żeby brzmienie było "doskonałe inaczej". I to się udało, odrębność i precyzja brzmienia, przynajmniej mnie, bardzo zadowalają.

A dodatkowe wydarzenia? No tak, coś tam było, jakieś kryzysy, upadki, wzloty, poważne zmiany, przemyślenia, wnioski. Mam 36 lat, więc to jest jakby środek życia. Więc większą uwagę poświęciłem po prostu życiu, a nie tylko muzyce. Może właśnie dlatego ta nowa muzyka jest taka żywa i radosna. Myślę też o ostatniej płycie w kwestii ponadczasowości, bo dotyka tak dużej czasowej przestrzeni, naprawdę nie dotyczy tylko lat 80tych, to tylko jakiś w miarę konkretny punkt wyjścia. W ogóle myślę, że głównym tematem tej płyty jest czas. A jak na razie, w żadnej recenzji czy opinii ten aspekt nie został zauważony. No ale ludzie zazwyczaj widzą to co jest na powierzchni. Nurkowanie nie jest szczególnie na fali.

Wiesz, The Complainer sprawia wrażenie esencjonalnego zestawienia kucharczykowych myśli - takie połączenie różnorodnych patentów, które gdzieś tam przewijały się już w twojej twórczości czy twoich podopiecznych z mik.musik.!.

[Wojtek] Bo tak jest. To jest esencja. Raczej moja prywatna niż mikowa, pewnie wielu mikowców nigdy nie słyszało tych płyt, które dla mnie są podstawowe, już nie mówiąc o tym czy by im się w ogóle spodobały!

Nas łączy raczej pewien rodzaj energii i poczucia humoru niż wspólne gusty czy gusła. Jesteśmy piewcami różnorodności.

Moja ostatnia płyta jest różnorodna. Łączenie patentów, jasne, bo mnie interesuje to co jest pomiędzy, na styku, na przecięciu. Czy da się zmieszać niemieszalne. Okazuje się, że tak, tylko trzeba wiedzieć, w którą stronę albo jak mocno kręcić mieszadełkiem. To bardziej aspekt kulinarny niż alchemiczny. Bardziej smakowity niż tajemniczy.

Na tej płycie pierwszy raz nie ukrywam sampli, mam na myśli, że nie obrabiam ich specjalnie, niech brzmią jak brzmią w oryginale. I bawi mnie to, że ludzie rozpoznają niektóre fragmenty, a niektórych nie. Widać nie dla wszystkich te same sprawy są oczywiste (śmiech). Nie byłbym sobą, gdybym nie włożył też utworów bezsamplowych dla kontrastu, ale specjalnie wskazywać i rozkodowywać nie chcę, wolę żeby słuchacze zabawiali się sami wyciągając prywatne wnioski.

Czytałem wiele recenzji tegoż albumu i kurczę, ludzi zatkało... Takie deformowanie dźwięków w wersji futuro ze śmiałym nawiązaniem do stylistyk chociażby lat 80. publice smakuje. Jeździsz po kraju, jak ludzie to wszystko odbierają?

[Wojtek] Ja nie jeżdżę po kraju, od tego trzeba zacząć. I to jest ewentualny powód do narzekania. W kraju mikowe koncerty są rzadkością. I już nie wiem dlaczego. Nikt nie zaprasza, a nasze wołania rozbijają się o mur ogólnej niemożności i zwykłego braku szacunku, nawet niezrozumienia. To co się tutaj udaje zorganizować to są tylko wyjątki od normy, albo akcje zupełnie specjalne, wręcz nienormalne. Ja w tym roku w Polsce grałem chyba tylko dwa, może trzy razy. Z tego ani razu w Warszawie, co mnie niespecjalnie boli, ale służy jako przykład. Za to w Paryżu grałem trzykrotnie. I jakieś 20 razy w innych dalekich miastach i stolicach. I ludzie lubią tą potrawę, czy latający Holender czy modna Paryżanka. Prawda jest taka, że na niektórych koncertach jest garstka widzów, bo nie mamy wielkiej kasy na promocję albo dostęp do najlepszych miejsc jest utrudniony, ale czasem się udaje i jest tłum, ale niezależnie od ilości, ludzie reagują żywo, czasem totalnie entuzjastycznie z elementami amoku (śmiech). Na ostatniej europejskiej trasie końcówka była wręcz wybuchowa. Może powoduje to ten element "rockowy", który powrócił, albo prosty fakt, że bity są taneczne i na ogół policzalne. I śpiewam, wywijam mikrofonem, nieco rzucam się po scenie, generalnie zabawiam. Więc jak mam dobry humor, to on się przenosi na publiczność i jest jazda. A że ostatnio z dobrym humorem raczej mi się udaje, to koncerty są gorące! I to jak.

Wracając do kwestii koncertów w Polsce - jesienią chyba się uda kilka większych akcji zorganizować, zobaczymy. Generalnie przestaliśmy się przejmować, że nas tutaj nie chcą, bo być może nie rozumieją, ale z drugiej strony wiem, że jak już koncert jest, to jest dobry i ludzie są zadowoleni. Nie mam pojęcia, może nasza totalna odrębność i inność tutaj przeszkadza? Albo z nasza muzyką wybiegliśmy gdzieś, gdzie polska mentalność nie daje już rady? Nie wiem. Może to jeszcze jakiś zupełnie inny nieodkryty problem.

A czy powoli coraz bardziej nie przylega do ciebie nalepka takiego swoistego ambasadora polskiej inteligentnej elektroniki?

[Wojtek] O nie! To brzmi jakoś tak politycznie! Ja po pierwsze nie uważam, że to co robię jest częścią jakiejkolwiek "polskiej elektroniki" bo takie zjawisko nie istnieje. Nie cierpię też określenia "inteligentna elektronika" bo kompletnie nic nie znaczy, a idąc tym tropem bardzo duża część tej stylistyki już dawno stała się nieinteligentna i nieciekawa. Wolę rozpatrywać siebie i mik.!. jako część jakiegoś większego ruchu bez nazwy, który ma na celu obronę podstawowych zjawisk, tego że muzyka ma żyć, że określone style w tym życiu przeszkadzają, bo są stworzone z pobudek komercyjnych, że najważniejsza jest energia jaką możesz wytworzyć a nie ile kasy możesz zarobić. My nie gramy setów, jobów, gramy koncerty. Nigdy nie odżegnujemy się od tego, że wzięliśmy się z Polski, ale też często podkreślamy, że stajemy na przekór i w kontraście - jeśli Deuce, który element "lokalności" w swojej muzyce ma najbardziej zaznaczony, na koncercie w Brukseli czy Ljubljanie zakłada bluzę z wielkim napisem POLSKA to nie po to, żeby udowadniać, że polska kultura jest najlepsza i że należy w nas inwestować, tylko żeby pokazać pewną absurdalność tego co gdzie i jak, że my pochodząc z tak egzotycznego kraju ciągle potrafimy mieć łączność z wszystkim co jest dookoła, dodatkowo się tymi absurdami nie przejmujemy tylko się nimi bawimy. Swoista ekologia? Może tak, ale też nie w stylu "Myśl globalnie, działaj lokalnie" bo to takie konformistyczne, u nas wygląda to raczej jak "myśl i działaj globalnie i lokalnie". Maksimum. Jedno nie wyklucza drugiego w żaden sposób.

Jeszcze co do "ambasadorowania" - ludzie często nie wiedzą, że jestem z Polski, bo na czole nie mam napisane, a i muzyka jest raczej uniwersalnego rodzaju, wtedy się liczy właśnie sedno sprawy a nie pochodzenie. Fakt, czasem jak się dowiedzą, to się dziwią, że ktokolwiek stąd "takie" rzeczy robi, no ale to już nie jest mój problem.

Jedyny mój projekt, który jako podstawę ma to że jestem z Polski, to TerriTerrorTorium wspólnie z Felixem Kubinem, zabawa polsko-niemieckimi stereotypami i problemami. Tylko że ani ja ani Felix nie jesteśmy typowymi reprezentantami naszych krain, może dlatego wychodzi sprawa tak zabawnie mimo swojej, co by nie było, powagi. Ale to temat na inną rozmowę, bo długo by gadać.

Wraz z załogą mik.musik.!. tworzycie specyficzną rodzinę, a przy tym barwną mozaikę frapujących artystów eksperymentujących. Jak się mikowcy czują na rodzimym rynku muzycznym?

[Wojtek] Rodzimy rynek muzyczny nie istnieje. To nie jest rynek. Więc się na tym czymś czujemy nijak. Wiemy, że nasz produkt jest przedni i światowy a reakcje tutaj są minimalne. A nie będziemy robić takich rzeczy, które w ogólny gust się będą mogły wstrzelić. Ja już nawet nie potrafię się nad tym problemem zastanawiać, szkoda czasu. Cieszę się z każdej sprzedanej tutaj płyty, z każdego koncertu, ale nie zamierzam zacząć stosować we wspinaniu się na wątpliwe szczyty polskiego szołbiznesu tych zasad i reguł, które są mu właściwe. Zresztą, co tu mówić, polskie majorsy nie potrafią już nawet ewidentnych gwiazd promować, niezależnych położyli już dawno, przy okazji rozkładając "rynek" na łopatki. Pomogły media. Mik.!. od początku pracuje w środowisku realnego kryzysu, reagując na niego, nabijając się z niego, ale też nieraz wydając ostatnie grosze na swoją działalność. Nie szukamy sponsorów, bo w nich i im nie wierzymy. Po latach pracy wiemy, co można przeskoczyć a czego nie można albo nie warto. Spytaj jakiegokolwiek polskiego niezależnego wydawcę ile płyt w tym roku sprzedał - przestraszysz się. Ale naprawdę, nie o wzrosty wykresów nam idzie, więc śpimy spokojnie. To co ma się obronić, to się obroni. A całościowa sprzedaż płyt i tak nam rośnie, chociaż każdy chciałby, żeby to był szybszy i wyraźniejszy proces.

Pisze o was bardzo dobrze zagraniczna prasa, mikowe płyty pojawiają się w zestawieniach europejskich mediów muzycznych. Wszystko to sprawia wrażenie, że za granicą bardziej rozumieją to co robisz ty i mikowi załoganci.

[Wojtek] Bo tak jest. I coraz bardziej akceptuję ten stan rzeczy. W ogóle dzięki temu możemy robić to co robimy. Gdybym patrzył i czekał, i liczył tylko na polski pseudo-rynek, nie mógłbym się już tym od dawna zajmować, musiałbym iść do normalnej jakiejś pracy. Tylko to, że gramy dużo za granicą, pozwala nam utrzymywać się w Polsce. Od dawna z tego powodu uważam się za jakiś rodzaj efemerycznego emigranta.

To, że nas bardziej akceptują gdzieś tam, bierze się też z ogólnego stosunku społeczeństwa do kultury i sztuki, i różnorodności. Wiadomo jak z tym u nas jest. Jest źle. I coraz gorzej.

Trochę mi w tym momencie robi się głupio, bo to co mówię tutaj może ktoś uznać za skrajny pesymizm, albo co gorzej może to zniechęcić jakiegoś zdolnego młodziaka do zabrania się do muzycznej pracy, ale uważam, że jest tak, że lepiej poznać prawdę i jak najszybciej zdać sobie sprawę, że to nie przelewki, i że trzeba być gotowym na pracę w otoczeniu realnego kryzysu. Wbrew pozorom, stajesz się wtedy mocniejszy. No i widzisz też, czemu mój "retrospektywny" projekt nazwałem The Complainer, czyli Narzekacz. Jest on akcja i reakcją jednocześnie. I jest pełen optymizmu. Ale i prawdy.

A powiedz mi, czy w najbliższym czasie klan mik.musik.!. powiększy się - ostatni nabytek chociażby, CO, okazał się ze swoim materiałem świetny. Może czas na kolejnych nieokiełznanych debiutantów?

[Wojtek] Ja bym bardzo tego chciał! Ale niestety żadna demówka od bardzo długiego czasu nie wzbudziła szczególnych emocji. Nie wiem czemu się tak dzieje. Przeważająca większość to nieudolne próby kopiowania wspomnianej wyżej "inteligentnej elektroniki", czyli coś zupełnie nieinteligentnego. Albo nieudane eksperymenty już dawno sprawdzone. Wyłazi niestety zbyt duża łatwość w robieniu muzyki obecnie, ale też totalny bezkrytycyzm tych, którzy to robią. I zwykła niewiedza. Raczej stawiają na to co daje im gotowy software, niż to co naprawdę są w stanie wymyślić, albo z tych gotowców stereotypowych wycisnąć. Często piszą - "robimy taką mieszankę hiphopu, electro i alternatywy" a ja słyszę, że nie znają tego co dokonał chociażby Anticon, bo by swoich produkcji długo jeszcze innym nie pokazali. Mało tego - zanika chęć dyskusji, kwestionowania, przemyśleń - się robi i się ma, i to uważa się za skończone. Gdy piszę - wiecie, może tutaj warto by zmienić to i owo, a tam dorzucić albo odjąć coś, albo sprawdzić, czy np. tytuły nie dałoby się może jakoś oryginalniej - to napotykam na jakiś dziwny opór, czy wręcz obrazę, ekstremalnie raz natknąłem się na stek wyzwisk pod moim adresem, bo to ja się nie znam. To po co mnie o cokolwiek pyta i prosi?! Ja nie każę tylko proponuję, staram się dać radę, sugestię. Kiedyś ludzie więcej dyskutowali, nie byli tak leniwi i zamknięci. Nie wiem skąd się to wzięło. Od jakiegoś czasu raczej myślę, że może lepiej samemu zapraszać ludzi, których się chce wydać, za których muzykę jest się pewnym, tylko że to może być o wiele mniej ekscytujące. Bo ja wierzę, że kiedyś przyjdzie takie demo, że nie będzie szans i trzeba je będzie wydać czym prędzej. Póki co szykujemy pierwszą płytę ASI MINA, czyli pierwsze solo mojej siostry Asi Bronisławskiej, znanej z podstawowego składu Mołr Drammaz, chcemy też przygotować specjalny sampler opiewający mikowe życie, tylko ekskluzywny materiał + goście. Nad płytą pracuje też Distorted Animals. Deuce poszukuje orkiestr dętych w celu nawiązania współpracy. A jak dobrze pójdzie to już w lipcu ukaże się winylowa epka TerriTerrorTorium, czyli w końcu ja i Kubin na jednej płycie, wydamy to wspólnie z jego Gagarin Records.

A ty nad czym w tej chwili lub też w najbliższym czasie planujesz pracować?

[Wojtek] Każdemu mikowcowi jakoś tam pomagam w produkcji, obecnie szczególnie Asi. I poza pewnym projektem radiowym, który może uda się zrealizować latem, paroma różnymi koncertami w różnych konfiguracjach, żadnych specjalnych konkretów nie ma. Czasem trzeba odpocząć. Sporo obecnie też projektuje graficznie, bo tą działkę mojej i mikowej działalności też chcę poszerzać, wciągam w to innych. Ale wiesz, nadciągają wakacje, więc wolę myśleć o nich. A o to, że będę miał aż za dużo zajęć jak zacznie się tzw. sezon, zupełnie się nie martwię. Aha! Czekamy na znak rozpoczęcia produkcji filmu, który będzie powstawał w Miami, Nowym Jorku i w Virginii, reżyserem jest Randall Beaver, znany niektórym z naszego wspólnego projektu Go Underground To See More Animals, będzie to offowa kryminalno-przygodowo-pseudobollywoodzka opowiastka, w kilku językach, aktorzy różnej narodowości, w tym Haitańczycy i nawet jeden prawdziwy playboy z Bollywood. Mik.!. ma wyprodukować soundtrack do tego, i najprawdopodobniej także my wydamy to na płycie. Produkcja oczywiście bardzo niskobudżetowa, ale jest pewne, że zabawy będzie co niemiara.

[Tomek Doksa]

recenzje Asi Mina w popupmusic