napszykłat
Musicaction
Kristen
Niechęć
27. Dni Sztuki Współczesnej - scena muzyczna
Strefa CSW - koncerty majowe
Plum
Kari Amirian
Maszyny do słuchania
Green ZOO Festival
ATP I'LL BE YOUR MIRROR London 2012
Primavera Sound 2012
LDZ_2.0
Rock for People 2012
Pohoda Festival 2012
Dour Festival 2012
OFF Festival 2012
Flow Festival 2012
ATP curated by The National



Umiar nigdy nie był cechą Fucked Up. Gdy po kilkudziesięciu singlach wydali pierwszy album, liczył on ponad 70 minut. Gdy nagrywali drugi i po raz pierwszy naprawdę poświęcili się pracy w studio, liczba linii gitarowych w niektórych kawałkach znacznie przekroczyła zdrowy rozsądek. Gdy otrzymali kanadyjską nagrodę Juno, za honorarium nagrali kower Do They Know It's Christmas? z kilkunastoma gośćmi i wydali go jako benefitowy split. A cykl corocznych epek „A Year of…” okazał się sposobem na nagrywanie kilkunastominutowych, epickich kompozycji.
Po „The Chemistry of Common Life”, płycie błyskotliwie adaptującej hard-core’ową estetykę i etos do czasów wszechobecnego post-, ich kolejny krok chyba wręcz musiał polegać na fundamentalnym zaburzeniu konwencji. I tak więc „David Comes to Life” jest niemal 80-minutowym koncept albumem, swoistą rock operą osnutą wokół historii robotnika Davida Eliade (przewijającego się w piosenkach grupy od dawna), który angażuje się w sprawę miłosną i terrorystyczną z dramatycznym finałem. Na dodatek historia ta opowiedziana jest z dwóch perspektyw. Słuchając płyty można jednak odnieść wrażenie, że ten pomysł narracyjny – nazwijcie go ambitnym, albo pretensjonalnym – jest przewrotnym sposobem przemycenia na płytę najbardziej popowych i przebojowych rzeczy w dorobku grupy, choć oczywiście ciągle zanurzonych w głębokim, ostrym gitarowym sosie i wykrzyczanych z chrypą, jakiej od czasów młodości Henry’ego Rollinsa nie miał chyba na tym poziomie rozpoznawalności nikt. W Fucked Up gra trzech gitarzystów, jeden nawet sięga tutaj po akustyczną, w niektórych utworach perkusista dogrywa czwartą. Rewelacyjnie rozplanowane i wypełnione spektrum, w którym wrażenie rezonującej ściany dźwięku towarzyszy selektywnej obecności poszczególnych instrumentów, sprawia, że nawet najbardziej popowe konstrukcje nabierają drugiego dna. Wśród 17 piosenek właściwie nie ma mielizn i dłużyzn, Fucked Up odpalają potężny ładunek hard-rock’n’rollowej frajdy na początku i tylko dorzucają kolejne. Zgodzę się, wszystkiego jest tutaj za dużo, ale nikt nie gwarantował, że Fucked Up znają umiar. Wręcz przeciwnie.
[Piotr Lewandowski]