Powiększenie we wrześniu
Fryderyk Chopin. Ciennik osobisty
Something Like Elvis
Hanne Hukkelberg
Matthew Shipp & Joe Morris
Six Organs Of Admittance
The Whitest Boy Alive
OffOnOff
Hotel Kosmos
Jamie Lidell
Ólafur Arnalds



The Notwist na swoją nową płytę kazał czekać dość długo, ale wyliczając wszystkie projekty, w których członkowie bawarskiego tria brali udział od wydania "Neon Golden", można im to wybaczyć. Zwiastujący singiel "Good Lies" zapowiadał interesującą pozycję. Ten utwór w pewien sposób był wynikową poprzednich wydawnictw zespołu - rockowa ekspresja znana z ich wcześniejszych albumów została osiągnięta przy użyciu powtarzanego motywu gitary i elektroniki, połączonych z wsamplowaną sekcją rytmiczną. Do tego charakterystyczny głos Markus Achera, który mimo, że najlepszy nie jest, ma w sobie to coś, co po raz kolejny wciąga w specyficzny "notwistowy" klimat. Ale niemieckie trio dobrze zdaje sobie sprawę, że po swoich stylistycznych zawirowaniach musi mocno się napracować, aby stworzyć coś interesującego. I te starania są słyszalne już w drugim utworze "Where in this world?" do którego została zaangażowana berlińska Andromeda Mega Express Orchestra. Tu tworzy ona główny szkielet mocno zabarwionej elektroniką kompozycji, ale później pojawia się w wielu miejscach, w przeważającej mierze pod postacią powycinanych sampli.
Trudno ocenić ten album jednoznacznie. Po wyżej wymienionych kawałkach jest jeszcze kilka utworów - przejmujący "Gloomy Planets" czy bardziej zadziorny - zwłaszcza w końcówce - "Gravity". Ale po nich ta płyta dość niebezpiecznie się rozmywa, pozbawiając słuchacza jakichkolwiek punktów zaczepnych. Jest "On Planet Off" - chyba jeden z najmroczniejszych w wykonaniu niemieckiego trio - ale oprócz niego nie ma praktycznie nic co bardziej zwróciło by uwagę przed zamykającym płytę, akustycznym i poniekąd całkiem sympatycznym "Gone Gone Gone". I to chyba największy minus tego krążka - brak spójności, która zarysowuje się tu tylko w pierwszej części wydawnictwa. Z "The Devil, You + Me" można byłoby wybrać z 6 utworów, które byłyby doskonałym materiałem na mocną epkę. W takiej formie nie bardzo pomaga jej orkiestra, czy rockowa dynamika stworzona w przeważającej mierze za pomocą elektroniki. Do tego krążka nie chce się wracać tak jak do "Neon Golden", który pochłania słuchacza od pierwszego do ostatniego utworu. "The Devil, You + Me" słucha się niestety tylko dla kilku utworów, ale mimo wszystko nawet dla nich warto sięgnąć po tą płytę.
[Jakub Knera]