polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
ANIMAL COLLECTIVE Centipede HZ

ANIMAL COLLECTIVE
Centipede HZ

Zanurzając się po szyję w syntezatorowe fale na Strawberry Jam, a tym bardziej nadając im blichtru na Merriweather Post Pavilion, Animal Collective idealnie trafili w zeitgeist Ameryki – nadzieję wczesnego Baracka „yes we can” Obamy i euforyczne przekonanie, że z największych po wojnie tarapatów kraj wyjdzie silniejszy i wkroczy na nową, świetlaną ścieżkę. „My Girls” ma wręcz szansę na zapisanie się w historii jako sztandarowy hit epoki subprime. Na progu kolejnej kampanii optymizm wydaje się raczej egzotyką, Guantanamo stoi jak stało, Afganistan z wygranej wojny zamienił się w drugi Irak, powszechnej opieki zdrowotnej w Stanach dalej nie ma, a prezydent mniej przypomina mesjasza, a bardziej styranego urzędnika, który na nowe problemy reaguje sięgając po coraz większe dawki starych lekarstw. Animal Collective AD2012 też wydają się zmęczeni i też serwują dobrze znane substancje, zmieniając nieco ich proporcje.

Centipede HZ brzmi jak zestaw kompozycji bezpośrednio wyprowadzonych z poprzedniego albumu czy dwóch, tylko zarejestrowanych z wykorzystaniem innych środków i zagranych w wolniejszych tempach. Faktycznie odwrót od midi na rzecz tzw. żywego instrumentarium pasuje do atmosfery niepewności, czy nawet pewnego lęku, spowijającej album. Ale akurat ten zespół nie musi udowadniać, że potrafi na gitarach i perkusji grać, pytanie więc brzmi, co tak naprawdę dzięki temu uzyskuje. Okazuje się, że niewiele, bo muzyka nadal brzmi jak posklejana ze ścieżek, a przy (jak mniemam celowo) ciut surowej barwie brzmienia grupy, ich dźwiękowe zabiegi okazują się dość powierzchownym eksperymentem, o ile to słowo w ogóle nie jest tutaj na wyrost. Utwory ciągle mają być przede wszystkim piosenkami, lecz brakuje im z jednej strony siły rażenia, a z drugiej lekkości. Mam wrażenie, że AC starają się tchnąć nowe życie w półmartwe koncepcje, a to się rzadko udaje. Może to taki zeitgeist.

[Piotr Lewandowski]