



Różne okoliczności sprawiły, że nagrana nie tak długo po wydaniu debiutu druga płyta Daktari faktycznie jest pozycją numer trzy, przedzieloną od pierwszej dość spontanicznie zarejestrowanym i wydanym w zeszłym roku I Travel Within My Dreams With a German Passport. Kiedy zespół wychodził ze studia, kończył się 2011 rok, materiał był (przynajmniej w części) ogrywany na późniejszych koncertach, zatem rzecz to nienowa i nie przynosząca zaskoczenia, niemniej składająca się na moim zdaniem najlepszą do tej pory płytę kwintetu. Postrzegam ją jako ulokowaną gdzieś pomiędzy stylistyką debiutu (w kontekście nośnych melodii) a rozimprowizowaniem i abstrakcją poprzedniczki, choć tutaj bardziej wyrazistą i konkretną. Zespół najwidoczniej na dobre wypadł z orbity szeroko pojętej muzyki żydowskiej i klezmerskiej, ale nie zrezygnował z chwytliwej melodyki, co w połączeniu ze swobodną, daleką od schematyczności narracją i umiejętnie budowanym napięciem przynosi dobrą w odbiorze całość. Pięć dość rozbudowanych kompozycji całkiem zgrabnie łączy tematy o momentami lekko filmowym kolorycie, dyskretne gitarowe faktury płynące najczęściej z dalszego planu, połamane brzmieniowo struktury, wreszcie postrockowe kulminacje. W wielu fragmentach to najbardziej melancholijny, ale również najbardziej niedopowiedziany i swobodny album w dorobku Daktari. I nie ma co narzekać na fakt, że pewnie to nic odkrywczego i olśniewającego, bo zwyczajnie dobrze się tej płyty słucha.
[Marcin Marchwiński]