polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
kIRk Zła krew

kIRk
Zła krew

David Byrne w swojej ubiegłorocznej książce przekonuje, że „how music works, or doesn’t work, is determined not just by what it is in isolation, but in large part by what surrounds it.” Przypisuje miejscu, czasom, kontekstowi społecznemu i technologicznym uwarunkowaniom równie dużo, a może nawet więcej znaczenia, co błyskotliwości twórcy. O Złej krwi na pewno można powiedzieć – „it works”. Najdobitniej uświadomił mi to – a także trafność stanowiska Byrne’a – wieczorny spacer z tą płytą po Bukareszcie – posępnym, brzydkim, ciemnym mieście, w którym tam gdzie powinno być centrum jest korek, a drobny deszcz zamienia ulice i krzywe chodniki w jeziora. Zupełnie jak w Warszawie piętnaście lat temu, z półżywymi fantomami komuny. Andy Stott zupełnie się tam nie sprawdził (w UK – co innego), ale kIRk otworzył czwarty wymiar. Na Złej krwi panowie idą drogą Mszy Świętej…, czego z jednej strony można się było spodziewać, skoro tamta płyta była pierwszą zarejestrowaną w trio i w oparciu o improwizację, ale z drugiej strony jest imponujące, że w rok z hakiem od tamtego albumu weszli szczebel wyżej – operując głównie niewypowiedzianym, stawiając na rozwinięcie i pogłębienie własnego brzmienia i scalenie kolektywnej wypowiedzi – tutaj już naprawdę trudno zgadywać, od kogo przychodzi dany dźwięk, zwłaszcza gdy pojawiają się instrumenty klawiszowe, bądź zdublowane dęte. Technologicznie kIRk ewidentnie trafia w zeitgeist, ich brzmienie to swoista improwizacja cyborga. Więcej jest tu może drobnych, chwytliwych motywów, więcej dubowego posmaku, ale sporo też tłumienia w sobie pewnej przebojowości na rzecz dysonansu, dzięki temu w długich utworach nie ma przesadnych kulminacji, rozładowywania napięcia rodem ze ścieżek dźwiękowych. Pozostaje niepewność. Zaskakująca wariacja na temat „Children of God”, którą postanowiłem puścić autorowi i zrobiła na nim wrażenie, oczywiście mocno różni się od oryginału, ale pełni na płycie podobną rolę jak na płycie Swans – swoistego wyciszenia, oddechu, lirycznego interludium. Konkret. Jeśli się wybieracie do Bukaresztu, to koniecznie weźcie ze sobą.

[Piotr Lewandowski]