polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
J Spaceman & Kid Millions Live at Le Poisson Rouge

J Spaceman & Kid Millions
Live at Le Poisson Rouge

Polscy muzycy, którzy uważają, że po nagraniu jednej płyty (lub nawet przed) muzyka jest ich „pracą”, z której powinni móc się utrzymać, powinni postudiować historie amerykańskich muzyków, wśród których utrzymywanie się z muzyki naprawdę jest przywilejem mniejszości aktywnych aktorów tzw. alternatywy, undergroundu, zwał jak zwał. Taka Oneida – grupa grająca od kilkunastu lat, rozpoznawalna, z płytami, które można kupić teraz tylko na Ebayu lub discogs, a pierwszym i jedynym jej członkiem, który zdecydował się na utrzymywanie z muzyki, był perkusista Kid Millions na początku 2013 roku. Jemu udało się to dzięki temu, że jako oryginalny i elastyczny perkusista dostawał wiele propozycji gry w innych zespołach – tą, która przeważyła w podjęciu życiowej decyzji, była propozycja od Spiritualized. Właśnie w środku drugiej amerykańskiej trasy Spiritualized, Jason Pierce i Kid zagrali improwizowany koncert w nowojorskim klubie Le Poisson Rouge, który kilka miesięcy później z okazji Record Store Day wydaje wytwórnia Northern Spy.

Na album składają się trzy utwory – pierwsze dwa zajmują po całej stronie dwunastocalowej płyty, trzeci dwie strony siedmiocalowego singla. Wypełniający stronę A dwunastki utwór „Misha” jest jednak stratą czasu i wosku – od rozpoczynających go figur klawiszy po miałczenia gitar i ostrożne perkusyjne koloryzowanie, przed ponad dwadzieścia minut muzycy zdają się niepewni tego, kto ma wziąć sprawy w swoje ręce i coś konkretnego stworzyć. Strona B („Han”) i singiel są na szczęście znacznie lepsze, w dużej mierze dlatego, że Pierce przypomina, dlaczego występuje pod pseudonimem Spaceman. Zapętlone frazy gitary w „Han” otwierają obu muzyków na mocniejsze odjazdy, z Pierce’m wreszcie puszczającym wodze fantazji i Kidem łamiącym rytm kawalkadami synkop. Singiel też jest do rzeczy, przynosząc najbardziej zwartą improwizację, wychodzącą z zapętlonego pulsu gitary przez hendrixowską lewitację po free-jazzowe niemal spięcia. Per saldo, płyta jest typowym wydawnictwem na RSD – dokumentującym efemeryczne spotkanie, w czasie którego nikt nie myślał o albumie, ale nagrywać muzykę jest w dzisiejszych czasach przecież tak łatwo. Szkoda tylko, że nie dokonano edycji materiału do max 30 minut, można byłoby te dobre pół godziny wydać na dziesięciocalówce i na RSD też byłoby jak znalazł.

[Piotr Lewandowski]