polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Vijay Iyer Trio Break Stuff

Vijay Iyer Trio
Break Stuff

Po premierze Accelerando Vijay Iyer mówił  (np. w wywiadzie poniżej) o rutynie wydawania kolejnych jazzowych płyt i nadziejach wiązanych z komponowaniem muzyki kameralnej. Nie dziwi mnie więc, że jego następnymi wydawnictwami był album (głównie) na kwartet smyczkowy oraz audiowizualny projekt z muzyką dla ensemble muzyki współczesnej. Na nowej płycie trio kilka utworów swój początek ma w kompozycjach przygotowanych na duże składy, ale największą różnicą w stosunku do poprzednich płyt jest niemal kompletne odcięcie się od wyraźnie popkulturowych nawiązań. Jedynym utworem bezpośrednio pijącym do muzyki rozrywkowej jest „Hood”, grany już na koncertach w 2012 roku i zainspirowany Detroit techno. Pod względem transpozycji kompozycyjnych zabiegów i składowych jest on równie imponujący jak wspaniałe redukcje popowych albo funkowych hitów („Galang”, „Human Nature”, The Star of the Story”) lub Flying Lotusa na poprzednich płytach. Z tą drobną różnicą, że tu nie bardzo jest co redukować. Brak igraszek z muzyką rozrywkową momentalnie odsuwa album od słuchacza i daje wrażenie mniejszej, z braku lepszego słowa, nowoczesności. Nie ma w Break Stuff tak łatwego punktu wejścia jak we wcześniejsze płyty, a spore zróżnicowanie kompozycji i długość albumu (70 minut) czynią ją najbardziej wymagającym dotychczas albumem tria.

Odwrót od nowoczesności mogłyby też sugerować rearanżacje jazzowych kompozycji, gdyż Iyer sięgnął głęboko w przeszłość – do „Work” Monka z 1959 roku, „Blood Count”, ostatniej kompozycji Billy’ego Strayhorna dla Duke’a Ellingtona z 1967 roku, oraz „Countdown” Coltrane’a z Giant Steps. To mniej ekstrawagancki, mniej sonicznie przewrotny wybór niż np. wykonanie na Accelerando w trio utworu Henry’ego Threadgilla pierwotnie nagranego przez elektryczny zespół. Ale to odwrót pozorny. „Work” Monka, umieszczony na płycie po „Hood”, należy do najbardziej żywiołowych utworów albumu. Kapitalne wrażenie robi „Countdown” – zachowuje obłędne tempo oryginału, ale charakterystyczna artykulacja Iyera i ekscesy niezrównanego Marcusa Gilmore na perkusji czynią go de facto utworem tria, jak zresztą z wieloma ich rearanżacjami bywało. „Blood Count” to najbardziej cichy utwór płyty, swoisty przerywnik w środku programu. Wskazujący też na przemyślane zaplanowanie albumu.

Cztery utwory – „Starlings”, „ Chorale”, „Geese” „Wrens” pochodzą ze suity Open City przygotowanej przez Iyera z raperem Himanshu Suri (z Das Racist) i w oparciu o książkę Teju Cole’a. Nie słyszałem nagrań tego projektu, ale jego idea przywodzi na myśl trzy quasi-operowe projekty zrealizowane przez Iyera z Mike’m Ladd. Wątki z niego pochodzące w aranżacjach na trio gładko wkomponowują się w program. Wyróżnia się zróżnicowany wewnętrznie „Geese”, z sonorystycznym otwarciem kontrabasu arco, konsekwentnym wzmacnianiem dramaturgii i funkującym niby-refrenem. A propos gry arco, brak aranżacji muzyki elektrycznej i elektronicznej sprawia, że mniejsze znaczenie dla trio ma gra smyczkiem Stephana Crumpa, kluczowa dla odtwarzania elektrycznych faktur.

Różnorodność kompozycyjnych źródeł, brak jednoznacznie wyróżniającego się utworu (choć pretenduje do niego tytułowy numer, eksponujący jak bardzo kategoriami rytmu myśli całe trio) i zakres materiału sprawiają, że Break Stuff to imponujący, ale skomplikowany album. Zdarzają się na nim też wybory moim zdaniem nietrafione, jak quasi-reggae’owe pulsy w środku „Taking Flight”. Jednak per saldo odwrót od popkulturowych wpływów w stronę bardziej nielinearnych i wieloznacznych form wydaje mi się dla tria decyzją dobrą. W czasie nadprodukcji muzyki i malejącej zdolności długotrwałego utrzymania uwagi, stworzenie albumu dobrze ponadgodzinnego i proponującego materiał na słuchanie w skupieniu przez tygodnie czy nawet miesiące, to krok trochę pod prąd. Ale nie o zawracanie całego biegu rzeki chodzi, lecz dotarcie do tych, którzy chcą wejść pod powierzchnię. „Thank you for listening” – tradycyjnie kończy swoje liner notes Iyer. A jest co słuchać.

[Piotr Lewandowski]