polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
THE FRAME QUARTET  35mm

THE FRAME QUARTET
35mm

Podczas pierwszej europejskiej trasy The Frame Quartet zawitało w styczniu 2007 roku do krakowskiej Alchemii. Kontrowersja i konsternacja ogarnęły nawet największych apologetów Kena Vandermarka, a malkontenci otrzymali asa w rozgrywce. Kwartet, w skład którego wchodzą też Nate McBride (kontrabas), Tim Daisy (perkusja) i Fred Lonberg-Holm (wiolonczela) zaprezentował muzykę, która sonorystycznie bliska była Vandermark 5, w którym wówczas Lonberg-Holm grać dopiero zaczynał, lecz odróżniała się rozplanowaną, twardą strukturą i karkołomnymi woltami.

W dwa i pół roku później ukazuje się pierwsza płyta kwartetu i kontrowersje są nie mniejsze. The Frame Quartet zdaje się niemalże kompozycyjnym eksperymentem, w którym struktury utworów i szkielety dla improwizacji odnoszą się do filmu. Jednak bynajmniej nie do muzyki filmowej, lecz do sposobów prowadzenia narracji, budowania napięcia i rytmu obrazu filmowego. Co więcej, choć wszystkie pięć kompozycji (łącznie stanowiących 70 minut) jest autorstwa Vandermarka, każdy z muzyków prowadzi (dyryguje?) po jednym z nich, a centralny M.E.S. (for Merce Cunningham) takiego lidera nie posiada. „35mm” ukazuje więc muzykę zawiłą, rozwijającą się linearnie w długich formach – każdy z nich jest swoistą etiudą – i choć znajomą w brzmieniu oraz pewnych rozwiązaniach, to jednak wyzbytą z gros tego, co o jazzowej, nawet vandermarkowej, kompozycji stanowi. McBride gra i elektrycznie, i na kontrabasie, Vandermark sięga głównie po saksofon tenorowy, klarnet słyszymy jedynie w najbardziej stonowanych momentach, Daisy rockowym wybuchom przeciwstawia kameralistykę, a Lonberg-Holm szeroko wykorzystuje swój arsenał efektów. Tematy poszczególnych instrumentów pojawiają się i znikają bezpowrotnie, często przełamywane w sposób burzący wcześniejsze impresje, toną w niedopowiedzianej i surowej aurze.

W pierwszym utworze funkujący bas McBride’a przywodzi na myśl karkołomne kompozycje norweskiej odsłony Powerhouse Sound i to skojarzenie pozostaje z nami nawet gdy znikną jego estetyczne przesłanki. The Frame Quartet jest jakby odessany z naturalnego pulsu i groove’u, konfrontuje ze sobą brzmienia i partie, budując kompozycje na wszechwładnym kontraście wymagające skupienia i dobrych kilku przesłuchań. Fakt, że Daisy od zawsze, a Lonberg-Holm od trzech płyt, grają w Vandermark 5 nie ułatwia polubienia się z tą płytą. Środowisko brzmieniowe jest bowiem pokrewne, lecz bardziej wyboiste. „35mm” wymaga dłuższego czasu ale warto go poświęcić, gdyż rozwikływanie tych kompozycji bywa fascynujące. Jednak odczucia, że to jednak eksperyment trudno się wyzbyć.

[Piotr Lewandowski]

recenzje Artifact Iti, Atomic School Days, Broo / Lane / Nilssen-love / Vandermark w popupmusic