polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Melvins A walk with love & death

Melvins
A walk with love & death

Dwudziesty szósty studyjny album Melvins miał być wyjątkowy. Nie dość, że pierwszy dwupłytowy w historii grupy, to w dodatku z gościnnym udziałem Joey'a Santiago (The Pixies), Teri Gender Bender (m.in. Le Butcherettes/ Bosnian Rainbows/ Crystal Fairy) oraz Anny Waronker (That Dog). Mało tego, nową jakość brzmienia miał zagwarantować grający na basie, znany z Redd Kross, Steve McDonald.

I całość rzeczywiście zaczyna się imponująco. "Black Heath" zachwyca spokojem, niezwykłym klimatem oraz dostojnością. Przeszywająca linia basu, wolne tempo subtelnej perkusji oraz niespotykana pod tym szyldem, artrockowa maniera delikatnych gitar tworzą prawie siedmiominutowy, dopieszczony w każdym detalu majstersztyk. Chilloutowy, prowadzący wokal Buzza wdziera się ospale w głąb umysłu. Umysłu, który po rewelacyjnym wstępie drugiego w zestawie "Sober-delic (acid only)" wykazuje już pierwsze oznaki pozytywnego oszołomienia. Cierpliwe budowanie przestrzeni w oparciu o powtarzające się motywy, doskonałe operowanie mocą oraz kontrastem powodują, że Amerykanie w nowej gatunkowej odsłonie prezentują się wprost fantastycznie. Kiedy w okolicach trzeciej minuty, w finale walcowatego, zadziornego i złowrogiego "Euthanasia" wybucha cudowna ściana wszechpotężnych solówek pojawia się bardzo spektakularny, wbijający w ziemię knock-down.

Niestety. Okazuje się, że ów cios, to żargonowe zaliczenie ringowych desek kończy konfrontację z wydawnictwem, które w kolejnych dwudziestu utworach, z dosłownie jednym małym wyjątkiem, nie ma już nic do zaoferowania. Ba, w trzynastu pozycjach z muzyką nie ma nawet nic wspólnego. Melodyjny, przebojowy, zbyt rockowy "What's Wrong with You?". Brzmiący jak odrzut z sesji, już i tak niezbyt ciekawego Basses Loaded "Edgar the Elephant". Jednostajny, bardzo przewidywalny, pozbawiony jakiegokolwiek zacięcia "Flaming Creature". Biwakowy "Christ Hammer" oraz niedokończony "Cardboa Negro", przedzielone niezłym "Cactus Party" (Melvins+wokal Teri Gender Bender = odpad z sesji Crystal Fairy?) zamykają, pierwszą, będącą zlepkiem różnych pomysłów płytę zatytułowaną Death. Szkoda, zwłaszcza po tak zaskakującym i kapitalnym początku.

Drugą odsłonę, krążek pt. Love wypełnia z kolei czternaście pozycji, z których aż trzynaście stanowi "kolaż przypadkowych dźwięków i sytuacyjnych nagrań w terenie", tworzących soundtrack do filmu Jesse'ego Nieminena. Na trwających od dwóch do pięciu minut wrzutkach słychać odgłosy, tzw. migawki codzienności, m.in. głosy dzieci, kobiet oraz mężczyzn. Rozmowy, krzyki, przesterowane szumy fal radiowych, kreskówek kreują bezsensowny, 40-minutowy jazgot bez ładu i składu. Jedynym piosenkowym numerem tej części jest "Give It To Me". Absurd.

Zapowiadano podwójną płytę z nowym basistą, z kilkoma uznanymi gości, dwadzieścia trzy utwory. W rzeczywistości A Walk with Love and Death to raptem dziesięć kompozycji, z których tylko cztery są warte uwagi, a pozostałe robią mizerne tło do czegoś, co można było zaprezentować na bezpłatnych kanałach typu youtube, soundcloud czy facebook. Z dużej chmury spadł bardzo mały deszcz. Szkoda.

[Dariusz Rybus]